"Przekrzykujemy stukot kół pociągu, za oknem hektary pustkowi, wokół wszędobylski kurz, mężczyźni w chustach i mały chłopiec jeżdżący po naszych kurtkach zapalniczką jak samochodem - to już Pakistan. Zaczął się zupełnie inny świat."Zaległe relacje blogowe dotrą pewnie dopiero z Indii.
niedziela, 25 stycznia 2009
Pakistan
Tajny korespondent donosi:
środa, 21 stycznia 2009
Esfahan
Zatrzymujemy sie u Amira z couchsurfing.com. Noc w mieszkaniu jest calkiem mila odmiana po ostatnich pieciu dniach w ciezarowkach. Nawet jesli spi sie na podlodze, w towarzystwie jeszcze 4 osob (do Amira przyszli koledzy wspolnie uczyc sie do egzaminow). A wczesniej jeszcze magiczny wieczor pod mostami. Przychodza tu mezczyzni i po prostu spiewaja sobie nawzajem. A glosy maja po prostu nieziemskie. Zuza nagrywa wszystko na dyktafon.
Nastepnego dnia idziemy zwiedzac. Podobno “zobaczyc Esfahan to jak zobaczyc pol swiata”, “najpiekniejsze miasto w Iranie” itp itd. Jest zima i jestesmy chyba jedynymi europejskimi turystami w miescie. Idziemy na glowny plac i jak sie okaze, juz sie z niego nie ruszymy do konca dnia.
Najpierw spotykamy Hosaina. Strasznie psioczy na rzad. Opowiada nam, ze gdy tylko chca ukryc jakies problemy, zaczynaja wycierac sobie usta Islamem, Koranem i Allahem. Ze pieniadze z ropy zamiast byc wydawane w Iranie, ida na pomoc dla Libanu, Palestyny i Talibow. Wczesniej nasi gospodarze, tlumaczac nam propagandowy plakat na ulicy, mowia, ze Liban, Palestyna itd sa oficjalnymi przyjaciolmi Iranu. Ale ich osobistymi juz napewno nie.
W Turcji wszyscy lamentowali ze ten zly Izrael zabija setkami dzieci i kobiety w Gazie. W telewizji tureckiej (iranskiej tez) doslownie za kazdym razem, gdy mielismy okazje widziec, lecialy materialy pelne zgliszcz i zakrwawionych ludzi. Tymczasem spotkani Iranczycy maja wiekszy dystans do tego konfliktu. Hosain tlumaczy nam ze rozumie, ze Izrael zostal sprowokowany ciaglym ostrzalem mozdziezowym zydowskich osiedli w wykonaniu Hamasu.
Generalnie nikt tu w Esfahanie nie lubi rzadu. Kolejny nasz rozmowca, gdy mijalismy jakiegos imama zaczal nam szeptac: “They enemies of the people…”.
Rownie daleki od oficjalnego jest stosunek do spraw obyczajowych. Kontakty miedzyplciowe przed malzenstwem sa zakazane, ale po prostu wszyscy spotykaja sie w domach. Zreszta na ulicy widac mnostwo par. Poza tym najwidoczniej zakazany owoc smakuje najlepiej. Gdy spojrzy sie mlodym Irankom w oczy (a oczy maja fenomenalne – wielkie, iskrzace sie, czarne jak smola), w ogole nie odwracaja wzroku, a czesto wrecz patrza tak intensywnie, ze bywa, ze czuje sie troche jak Zuza w Turcji :)
Hosain pokazuje nam zabawny filmik na komorce. Pojawiaja sie w nim nagie posladki, ale nie ma w tym nic erotycznego. Podobno za taki filmik mozna pojsc do wiezienia. Potem puszcza nam iranska muzyke. Nagle widzi jakiegos zblizajacego sie brodacza. Nerwowo probuje wylaczyc telefon (nie jest zbyt obeznany z technika): “Hezbollach, hezbollach, shit, shit!”. Brodacz odchodzi, Hosain znowu puszcza muzyke.

Wizytujemy jeszcze warsztat dywaniazy, gadamy z jakimis dzieciakami, wystepujemy w programie dla niemieckiej telewizji, idziemy z Wahidem do ukrytej przed turystami knajpki z fajkami wodnymi – wszystko to na jednym placu. Robi sie wieczor, wracamy do domu. Musimy zostac tu jeden dzien dluzej niz planowalismy, bo jednak wypada cos zobaczyc w tym miescie :)


Nastepnego dnia idziemy zwiedzac. Podobno “zobaczyc Esfahan to jak zobaczyc pol swiata”, “najpiekniejsze miasto w Iranie” itp itd. Jest zima i jestesmy chyba jedynymi europejskimi turystami w miescie. Idziemy na glowny plac i jak sie okaze, juz sie z niego nie ruszymy do konca dnia.
Najpierw spotykamy Hosaina. Strasznie psioczy na rzad. Opowiada nam, ze gdy tylko chca ukryc jakies problemy, zaczynaja wycierac sobie usta Islamem, Koranem i Allahem. Ze pieniadze z ropy zamiast byc wydawane w Iranie, ida na pomoc dla Libanu, Palestyny i Talibow. Wczesniej nasi gospodarze, tlumaczac nam propagandowy plakat na ulicy, mowia, ze Liban, Palestyna itd sa oficjalnymi przyjaciolmi Iranu. Ale ich osobistymi juz napewno nie.
W Turcji wszyscy lamentowali ze ten zly Izrael zabija setkami dzieci i kobiety w Gazie. W telewizji tureckiej (iranskiej tez) doslownie za kazdym razem, gdy mielismy okazje widziec, lecialy materialy pelne zgliszcz i zakrwawionych ludzi. Tymczasem spotkani Iranczycy maja wiekszy dystans do tego konfliktu. Hosain tlumaczy nam ze rozumie, ze Izrael zostal sprowokowany ciaglym ostrzalem mozdziezowym zydowskich osiedli w wykonaniu Hamasu.Generalnie nikt tu w Esfahanie nie lubi rzadu. Kolejny nasz rozmowca, gdy mijalismy jakiegos imama zaczal nam szeptac: “They enemies of the people…”.
Rownie daleki od oficjalnego jest stosunek do spraw obyczajowych. Kontakty miedzyplciowe przed malzenstwem sa zakazane, ale po prostu wszyscy spotykaja sie w domach. Zreszta na ulicy widac mnostwo par. Poza tym najwidoczniej zakazany owoc smakuje najlepiej. Gdy spojrzy sie mlodym Irankom w oczy (a oczy maja fenomenalne – wielkie, iskrzace sie, czarne jak smola), w ogole nie odwracaja wzroku, a czesto wrecz patrza tak intensywnie, ze bywa, ze czuje sie troche jak Zuza w Turcji :)
Hosain pokazuje nam zabawny filmik na komorce. Pojawiaja sie w nim nagie posladki, ale nie ma w tym nic erotycznego. Podobno za taki filmik mozna pojsc do wiezienia. Potem puszcza nam iranska muzyke. Nagle widzi jakiegos zblizajacego sie brodacza. Nerwowo probuje wylaczyc telefon (nie jest zbyt obeznany z technika): “Hezbollach, hezbollach, shit, shit!”. Brodacz odchodzi, Hosain znowu puszcza muzyke.

Wizytujemy jeszcze warsztat dywaniazy, gadamy z jakimis dzieciakami, wystepujemy w programie dla niemieckiej telewizji, idziemy z Wahidem do ukrytej przed turystami knajpki z fajkami wodnymi – wszystko to na jednym placu. Robi sie wieczor, wracamy do domu. Musimy zostac tu jeden dzien dluzej niz planowalismy, bo jednak wypada cos zobaczyc w tym miescie :)

Iran – pierwsze wrazenia
Iran z okien ciezarowek wyglada surowo i groznie. Wokol drogi ciagna sie zupelnie plaskie rdzawobure pustkowia, z ktorych gdzies daleko wyrastaja nagle potezne, osniezone gory. Co jakis czas monotonie przerywaja skupiska parterowych klockowatych domkow z nieotynkowanej cegly. Wszystkie wygladaja tak samo. Wszedzie mnostwo smieci, blota i wyjacej biedy. Wschod slonca jest zapylony, rozmazany i zlowrozbny. Zastanawiamy sie, czy Iran wyglada tak, jakby wygladala Turcja, gdyby nie bylo Ataturka.
Na szczecie kierowcy sa fantastyczni- wyluzowani, z poczuciem humoru, nienachalni, spokojni, traktujacy Zuze jak normalnego czlowieka. Zreszta zobaczcie filmik:
Gdy dojezdzamy do Esfahanu okazuje sie, ze jest to zupelnie inny Iran - bardzo nowoczesny, zamozny, “europejski”. Potem wychodzi na jaw, ze granica miedzy dwoma Iranami przebiega nie tylko przez portfele, ale takze przez umysly.
Na szczecie kierowcy sa fantastyczni- wyluzowani, z poczuciem humoru, nienachalni, spokojni, traktujacy Zuze jak normalnego czlowieka. Zreszta zobaczcie filmik:Gdy dojezdzamy do Esfahanu okazuje sie, ze jest to zupelnie inny Iran - bardzo nowoczesny, zamozny, “europejski”. Potem wychodzi na jaw, ze granica miedzy dwoma Iranami przebiega nie tylko przez portfele, ale takze przez umysly.
Migawki z podrozy- granica turecko-iranska
Gdy przekraczamy granice jest juz ciemno. Trafiamy na wielki parking dla tirow. Nie wiemy co robic, bo wszyscy nam mowia, ze stad wcale nie jedzie sie tam, gdzie chcemy. Szwedamy sie po tym parkingu, ale nie jestesmy w stanie zgadnac w ktora strone powinnismy sie udac. Rozkladamy wiec oboz i gotujemy ryz. Zaczyna lapac mroz.
W koncu postanawiamy pochodzic po zaparkowanych tirach, popytac czy ktos jedzie na Tabriz i wprosic sie do ktoregos z nich. Po chwili przyczepia sie do nas brodacz o oczach psychopaty, z wielka palka w reku. Cos od nas chce. Nie mija pol minuty, a maszeruje za nami juz cala zgraja podejrzanych typow. Na szczescie szybko trafiamy na fantastycznego kierowce – starszego Turka – ktory nas przygarnia. Ale typy nie daja mu spokoju i ciagle cos od niego chca. Nic nie rozumiemy i nie wiemy o co chodzi. W koncu przychodzi angielskomowiacy policjant. Upiera sie ze nie mozemy nocowac w tym tirze i musimy isc do hotelu. Wcale nam sie to nie usmiecha, wiec dyskusja trwa z kilkanascie minut. W koncu dowiaduje sie, ze jestesmy bratem i siostra. Wtedy mieknie i pozwala nam zostac. Brodacz jeszcze wraca i rzuca sie w kierunku kierowcy, ale na szczęście też daje spokoj.
Sytuacja wygladala groznie, ale caly czas mielismy swiadomosc, ze niedaleko jest posterunek i mamy wszystko pod kontrola. Tak czy siak, nie mamy pojecia o co chodzilo. I to pomimo, ze wladamy juz doskonale tureckim:) Szczegolnie jesli kierowca zna kilka slow po angielsku/niemiecku/rosyjsku, mozemy gadac jak starzy znajomi. Moj ulubiony przyklad to ten, o ktorym pisala Zuza – “A wiec zwiedzil pan juz caly swiat!”, czyli “Wy (pol/ros) visited (ang) alles (niem) harita (mapa po turecku)!”.
Spedzamy noc w ciezarowce i rano odjezdzamy na poludniowy wschod.

Z Hakanem.

Sniadanie w przygranicznym miasteczku.
W koncu postanawiamy pochodzic po zaparkowanych tirach, popytac czy ktos jedzie na Tabriz i wprosic sie do ktoregos z nich. Po chwili przyczepia sie do nas brodacz o oczach psychopaty, z wielka palka w reku. Cos od nas chce. Nie mija pol minuty, a maszeruje za nami juz cala zgraja podejrzanych typow. Na szczescie szybko trafiamy na fantastycznego kierowce – starszego Turka – ktory nas przygarnia. Ale typy nie daja mu spokoju i ciagle cos od niego chca. Nic nie rozumiemy i nie wiemy o co chodzi. W koncu przychodzi angielskomowiacy policjant. Upiera sie ze nie mozemy nocowac w tym tirze i musimy isc do hotelu. Wcale nam sie to nie usmiecha, wiec dyskusja trwa z kilkanascie minut. W koncu dowiaduje sie, ze jestesmy bratem i siostra. Wtedy mieknie i pozwala nam zostac. Brodacz jeszcze wraca i rzuca sie w kierunku kierowcy, ale na szczęście też daje spokoj.
Sytuacja wygladala groznie, ale caly czas mielismy swiadomosc, ze niedaleko jest posterunek i mamy wszystko pod kontrola. Tak czy siak, nie mamy pojecia o co chodzilo. I to pomimo, ze wladamy juz doskonale tureckim:) Szczegolnie jesli kierowca zna kilka slow po angielsku/niemiecku/rosyjsku, mozemy gadac jak starzy znajomi. Moj ulubiony przyklad to ten, o ktorym pisala Zuza – “A wiec zwiedzil pan juz caly swiat!”, czyli “Wy (pol/ros) visited (ang) alles (niem) harita (mapa po turecku)!”.
Spedzamy noc w ciezarowce i rano odjezdzamy na poludniowy wschod.

Z Hakanem.
Sniadanie w przygranicznym miasteczku.
Migawki z podrozy – Dobugayazit
Kurdowie wysadzaja nas w Dogubayazit niedaleko granicy z Iranem. Czuje sie jak na koncu swiata. Miasteczko wyglada tak, jak zawsze wyobrazalem sobie zapadle dziury gdzies w tundrze na dalekiej Syberii.
Sa dwie szerokie krzyzujace sie drogi bez chodnikow, wokol chaotyczne pomieszanie roznego rodzaju bud, wszedzie bloto zmieszane ze sniegiem i smieciami. Po chwili trafiamy na cos dziwnego – straganik z “fastfoodem”. Po chwili pojawia sie wlasciciel, zamawiamy po kebabie i jogurcie.
W miedzyczasie jakis czlowiek zaprasza nas do “biura” na herbate. Glownym sprzetem jest stojacy po srodku piecyk typu “koza” opalany gazetami. Siedzimy naprzeciwko siebie i usmiechamy sie. Co jakis czas wymieniamy kilka zdan, np gdzie jest Polska, a potem znowu zapada cisza.
Wracamy donaszego kebabiarza. Okazuje sie, ze dostalismy po calym bochenku chleba, przecietym na pol, w srodku salata, pietruszka i kawalki watrobki. Zaprowadza nas do kanciapy, zebysmy sobie usiedli. Kanciapa: klepisko, koza, pietrowe lozko z brudna posciela, kanapa, 2 rozklekotane fotele oraz… biurko z komputerem i telewizor. To chyba miejscowy motel. W srodku dwoch staruszkow jak z obrazka – wysuszone wiatrem i mrozem twarze, wasy, tureckie czapy. Siedza wyprostowani, sacza czaj i usmiechaja sie.
Nasz kebabiarz zna rosyjski. Kiedys pracowal w Stambule, mial tam sklep z dywanami. Potem zastanawiam sie, jak to sie stalo, ze facet znajacy obcy jezyk, majacy kiedys sklep w najwiekszym miescie kraju, wyladowal na starosc na koncu swiata i sprzedaje watrobki, ktorych tu przeciez i tak nie ma komu kupowac…
Niestety jest juz za pozno, by zapytac. Moze ktos go oszukal? Moze po prostu postanowil spedzic starosc w miejscu, gdzie sie urodzil? Ile takich ludzkich wszechswiatow miniemy po drodze, nie poznajac z nich nawet ulamka? A przeciez te swiaty sa ciekawsze niz wszystkie krajobrazy czy zabytki, ktore zobaczymy. O ile jednak trudniej poznac dobrze zywa osobe niz martwe miejsce… Wiekszosc z nas pozna w zyciu naprawde dobrze najwyzej kilka osob – jeden stolik w knajpie. Na poznanie calej knajpy potrzeba juz 10 zyc. A wszystkich knajp przy ulicy – 100 zyc. Kamera oddala sie – dzielnica ma kilkadziesiat ulic, a miasto kilkanascie dzielnic… Czlowiek czuje sie malym bezsilnym pylkiem w obliczu takiego ogromu roznych historii, ktorych nigdy nie pozna…
Kamera wraca nad zasniezono-zablocona ulice Dobugayazit. W momencie gdy nakladam paste do zebow na szczoteczke, nadjezdza tir. Wchodze na schodki, zdejmuje buty (nie wolno zabrudzic dywanow w srodku), laduje swoj plecak na tylne siedzenie opracowanym juz chwytem, potem Zuza podaje mi siaty i swoj plecak. Kamera powoli podaza za nami ku granicy z Iranem. Kolejne miejsce-zagadka.
Sa dwie szerokie krzyzujace sie drogi bez chodnikow, wokol chaotyczne pomieszanie roznego rodzaju bud, wszedzie bloto zmieszane ze sniegiem i smieciami. Po chwili trafiamy na cos dziwnego – straganik z “fastfoodem”. Po chwili pojawia sie wlasciciel, zamawiamy po kebabie i jogurcie.
W miedzyczasie jakis czlowiek zaprasza nas do “biura” na herbate. Glownym sprzetem jest stojacy po srodku piecyk typu “koza” opalany gazetami. Siedzimy naprzeciwko siebie i usmiechamy sie. Co jakis czas wymieniamy kilka zdan, np gdzie jest Polska, a potem znowu zapada cisza.
Wracamy donaszego kebabiarza. Okazuje sie, ze dostalismy po calym bochenku chleba, przecietym na pol, w srodku salata, pietruszka i kawalki watrobki. Zaprowadza nas do kanciapy, zebysmy sobie usiedli. Kanciapa: klepisko, koza, pietrowe lozko z brudna posciela, kanapa, 2 rozklekotane fotele oraz… biurko z komputerem i telewizor. To chyba miejscowy motel. W srodku dwoch staruszkow jak z obrazka – wysuszone wiatrem i mrozem twarze, wasy, tureckie czapy. Siedza wyprostowani, sacza czaj i usmiechaja sie.
Nasz kebabiarz zna rosyjski. Kiedys pracowal w Stambule, mial tam sklep z dywanami. Potem zastanawiam sie, jak to sie stalo, ze facet znajacy obcy jezyk, majacy kiedys sklep w najwiekszym miescie kraju, wyladowal na starosc na koncu swiata i sprzedaje watrobki, ktorych tu przeciez i tak nie ma komu kupowac…
Niestety jest juz za pozno, by zapytac. Moze ktos go oszukal? Moze po prostu postanowil spedzic starosc w miejscu, gdzie sie urodzil? Ile takich ludzkich wszechswiatow miniemy po drodze, nie poznajac z nich nawet ulamka? A przeciez te swiaty sa ciekawsze niz wszystkie krajobrazy czy zabytki, ktore zobaczymy. O ile jednak trudniej poznac dobrze zywa osobe niz martwe miejsce… Wiekszosc z nas pozna w zyciu naprawde dobrze najwyzej kilka osob – jeden stolik w knajpie. Na poznanie calej knajpy potrzeba juz 10 zyc. A wszystkich knajp przy ulicy – 100 zyc. Kamera oddala sie – dzielnica ma kilkadziesiat ulic, a miasto kilkanascie dzielnic… Czlowiek czuje sie malym bezsilnym pylkiem w obliczu takiego ogromu roznych historii, ktorych nigdy nie pozna…
Kamera wraca nad zasniezono-zablocona ulice Dobugayazit. W momencie gdy nakladam paste do zebow na szczoteczke, nadjezdza tir. Wchodze na schodki, zdejmuje buty (nie wolno zabrudzic dywanow w srodku), laduje swoj plecak na tylne siedzenie opracowanym juz chwytem, potem Zuza podaje mi siaty i swoj plecak. Kamera powoli podaza za nami ku granicy z Iranem. Kolejne miejsce-zagadka.
Subskrybuj:
Posty (Atom)