23.01.2009
Nawet nasi nowi znajomi, ktorzy sa w podrozy od wielu wielu miesiecy, odradzali nam stopa na poludniu Iranu, ale trzymamy sie naszego planu. Po 2 godzinach kluczenia i wypytywania trafiamy na odpowiedni dworzec i jedziemy busikiem na wylotowke. A potem jak zwykle – odganianie busiko–taksowek, machanie na tiry, gadki z kierowcami, wysiadka i na nowo. Kierujemy sie do Zahedanu, skad juz rzut beretem do granicy.
W koncu zabiera nas Rasul. Dojezdzamy do serpentyny pnacej sie stromo ze hej! Rasul wysiada, idzie do jakiejsc skrzynki i wrzuca tam pieniadze. Okazuje sie ze jest to skrzynka na jalmuzne. A potem… jeden z najpiekniejszych krajobrazow jaki w zyciu widzialem. Gory, wszystkie odcienie czerwonego, rudego, brazowego, przypruszone sniegiem, otoczone kamienisto-trawiastymi rowninami mieniacymi sie wszystkimi odcieniami zielono-burego – intensywne, surowe, potezne. Naprawde trudno opisac to slowami.
Robi sie ciemno. Zaluje ze nie poprosilismy Rasula, zeby nas wyrzucil wczesniej – w nocy raczej nie zlapiemy kolejnego stopa i trzeba bedzie rozbijac namiot. W koncu Rasul zatrzymuje sie przy posterunku policji, cos zagaduje z policjantami i odjezdza. Policjanci sadzaja nas przy wielkim piecu i… zatrzymuja dla nas stopa. W autokarze! Bezposrednio do Zahedanu! Kierowca nie ma szczesliwej miny, ale zgadza sie nas zabrac za darmo. Z wladza sie nie dyskutuje.
Rasul – dziekujemy :) Staramy sie zawsze zadzierzgnac jak najbardziej pozytywne wiezi z kierowcami – dzielimy sie wlasnym jedzeniem, pokazujemy zdjecia rodziny (caly czas udajemy siestre i brata) itp itd. Oplaca sie to zawsze, bo pozytywna ciepla atmosfera jest bezcenna, a czasem jak widac dodatkowo mozemy liczyc na rozne przyjacielskie inicjatywy.
Rano gotujemy sobie obiad na dworcu, wsiadamy w taksowke (po najdluzszym targowaniu sie dotychczas, ale wytargowalismy nizsza cene, niz jest dla miejscowych – potem sie dowiedzielismy) i po ok godzinie jestemy na granicy z Pakistanem…
I co? Jak sie chce, to mozna przebyc cala Turcje i Iran autostopem – I to w imponujacym tempie.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą iran. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą iran. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 2 lutego 2009
Shiraz
20.01.2009
Jedna z zasad rzadzacych Podroza jest, ze zawsze wszystko sie uda jesli tylko ma sie otwarta glowe i pozytywne podejscie do swiata i ludzi.
Z Esfahanu do Shiraz postanowiamy wyjatkowo przetransportowac sie autobusem – po to by zaoszczedzic na czasie (wyjazd na wylotowke Esfahanu to pewnie byloby co najmniej pol dnia). Amir zarezerwowal nam miejsca i jedziemy na dworzec taksowka. Oczywiscie na ostatni gwizdek, bo pozegnanie sie przeciagnelo. A musimy jeszcze wymienic dolary, bo nie mamy juz zadnych reali.
Na miejscu probujemy wymienic walute u taksowkarza, ale nie rozumie o co chodzi. Robi sie maly tlumek ciekawskich i ktos proponuje nam 2-och chomeinich za 20 dolarow (1 chomeini = 10 000 reali = 1 dolar). Nie jestesmy glupi, wiec zostawiamy ich i lecimy na ten dworzec (nie mamy pojecia ktory przewoznik, ktora kasa i w ogole nic). I nagle… Pojawia sie chlopak i krzyczy do mnie: Mister Mike? Mister Mike? No tak to ja… Na pewno Amir powiedzial im przez telefon, zeby szukali zagubionych bialych... Troche jestesmy zaskoczeni goracym powitaniem, zastanawiamy sie czy przygotowali dla nas tez czerwony dywan :) A w kasie bez wiekszych problemow przyjmuja dolary. Jedziemy. Wyjazd oczywiscie na noc, zeby skorzystac z noclegu na fotelach autokarowych.
21.01.2009
Rano na dworcu idziemy spac na plecakach w oczekiwaniu na swit. O swicie spotykamy pare wedrownych muzykow – Selde z Turcji i Filipa z Grecji. Razem idziemy na poszukiwania przewodnikowego hotelu za 2 dolary. Po przebyciu najkretszych zaukow swiata okazuje sie, ze hotel nie jest dla turystow i mozemy spadac. Ale zgodnie z zasada, o ktorej pisalem, jestesmy dla wszystkich mili i pewien urzedujacy tam azerski zolniez zaprowadza nas do innego taniego hoteliku.
Wedrujemy po Shirazie. Miasto jest o wiele bardziej iranskie niz Esfahan. Ludzie ubrani bardziej tradycyjnie, bardzo malo “normalnych” sklepow, za to pelno roznych stoisk, straganow itp, architektura domow tez bardziej tradycyjna…
Docieramy do najwiekszego z meczetow w miescie. Straznik mowi ze tylko muzulmanie moga wejsc. Selda odpowiada, ze jestesmy z Turcji i jestesmy muzulmanami (co akurat w jej przypadku bylo prawda). Dziewczyny musza tylko wypozyczyc biale chusty zakrywajace cale cialo i wchodzimy. Meczety (bo przy rozleglym dziedzincu sa dwa) robia wielkie wrazenie. W srodku wylozone sa roznokolorowymi lustereczkami, synbolizujace Allaha, ktory jest swiatlem. Na podwyzszeniu siedzi muezzin i wyspiewuje modlitwy. Ale mezczyzni modla sie wszyscy niezaleznie od siebie, w swoim tempie. Niektorzy jedza, pija herbate, niektorzy drzemia lezac. Ale i tak czuje sie, ze maja ogromny szacunek dla tego miejsca. Niektorzy wchodzac witaja sie ze wszystkimi obecnymi, takze z nami, dokladnie tak samo, jakby nie traktowali nas jak turystow. Dziewczyny w swojej czesci meczetu maja gorzej, sa pilnowane i musza np wypowiedziec muzulmanskie wyznanie wiary – dobrze ze Zuza jest z Selda…

Zdjecie oczywiscie zrobione z ukrycia.
22.01.2009
Nastepnego dnia wybieramy sie na wycieczke do Persepolis – kilkadziesiat km obok. Pozno wstajemy, potem dlugo sie zbieramy i robi sie pozno, ale potwierdza sie zasada, ze nie ma co sie napinac – i tak wszystko sie uda. Do Persepolis blyskawicznie docieramy lokalnym busikiem i taksowka – zeby zaoszczedzic na bezposrednim polaczeniu dla turystow – a 4 czy 5 godzin, ktore nam zostalo, wystarcza w zupelnosci.
Persepolis, czyli ruiny perskiego miasta wybudowanego po srodku niczego, glownie po to, by raz do roku goscic, olsniewac i rzucac na kolana zagranicznych poslow, niestety nie zrobilo na mnie takiego wrazenia jak na Kapuscinskim w “Podrozach z Herodotem”…
Ale nie ma co narzekac. Dosc szybko weszlismy za grobowiec Kserksesa wykuty w skale gorujacej nad Persepolis, a potem jeszcze wyzej, na gore znajdujaca sie dalej. Piekne, dzikie miejsce. Mozna tam bylo spedzic caly dzien – jesli ktos wybierze sie do Persepolis musi koniecznie tam zboczyc.

To male na dole to stada koz.

Wieczorem Selda z Filipem robia dla nas koncert w pokoju hotelowym (na sitare, skrzypce i niesamowity spiew Seldy), palimy fajke wodna (bo mam za malo bagazu i kupilismy w Esfahanie wlasna fajke ;) – w trakcie takich wieczorow nie chce sie wracac do Warszawy.
Jedna z zasad rzadzacych Podroza jest, ze zawsze wszystko sie uda jesli tylko ma sie otwarta glowe i pozytywne podejscie do swiata i ludzi.
Z Esfahanu do Shiraz postanowiamy wyjatkowo przetransportowac sie autobusem – po to by zaoszczedzic na czasie (wyjazd na wylotowke Esfahanu to pewnie byloby co najmniej pol dnia). Amir zarezerwowal nam miejsca i jedziemy na dworzec taksowka. Oczywiscie na ostatni gwizdek, bo pozegnanie sie przeciagnelo. A musimy jeszcze wymienic dolary, bo nie mamy juz zadnych reali.
Na miejscu probujemy wymienic walute u taksowkarza, ale nie rozumie o co chodzi. Robi sie maly tlumek ciekawskich i ktos proponuje nam 2-och chomeinich za 20 dolarow (1 chomeini = 10 000 reali = 1 dolar). Nie jestesmy glupi, wiec zostawiamy ich i lecimy na ten dworzec (nie mamy pojecia ktory przewoznik, ktora kasa i w ogole nic). I nagle… Pojawia sie chlopak i krzyczy do mnie: Mister Mike? Mister Mike? No tak to ja… Na pewno Amir powiedzial im przez telefon, zeby szukali zagubionych bialych... Troche jestesmy zaskoczeni goracym powitaniem, zastanawiamy sie czy przygotowali dla nas tez czerwony dywan :) A w kasie bez wiekszych problemow przyjmuja dolary. Jedziemy. Wyjazd oczywiscie na noc, zeby skorzystac z noclegu na fotelach autokarowych.
21.01.2009
Rano na dworcu idziemy spac na plecakach w oczekiwaniu na swit. O swicie spotykamy pare wedrownych muzykow – Selde z Turcji i Filipa z Grecji. Razem idziemy na poszukiwania przewodnikowego hotelu za 2 dolary. Po przebyciu najkretszych zaukow swiata okazuje sie, ze hotel nie jest dla turystow i mozemy spadac. Ale zgodnie z zasada, o ktorej pisalem, jestesmy dla wszystkich mili i pewien urzedujacy tam azerski zolniez zaprowadza nas do innego taniego hoteliku.
Wedrujemy po Shirazie. Miasto jest o wiele bardziej iranskie niz Esfahan. Ludzie ubrani bardziej tradycyjnie, bardzo malo “normalnych” sklepow, za to pelno roznych stoisk, straganow itp, architektura domow tez bardziej tradycyjna…
Docieramy do najwiekszego z meczetow w miescie. Straznik mowi ze tylko muzulmanie moga wejsc. Selda odpowiada, ze jestesmy z Turcji i jestesmy muzulmanami (co akurat w jej przypadku bylo prawda). Dziewczyny musza tylko wypozyczyc biale chusty zakrywajace cale cialo i wchodzimy. Meczety (bo przy rozleglym dziedzincu sa dwa) robia wielkie wrazenie. W srodku wylozone sa roznokolorowymi lustereczkami, synbolizujace Allaha, ktory jest swiatlem. Na podwyzszeniu siedzi muezzin i wyspiewuje modlitwy. Ale mezczyzni modla sie wszyscy niezaleznie od siebie, w swoim tempie. Niektorzy jedza, pija herbate, niektorzy drzemia lezac. Ale i tak czuje sie, ze maja ogromny szacunek dla tego miejsca. Niektorzy wchodzac witaja sie ze wszystkimi obecnymi, takze z nami, dokladnie tak samo, jakby nie traktowali nas jak turystow. Dziewczyny w swojej czesci meczetu maja gorzej, sa pilnowane i musza np wypowiedziec muzulmanskie wyznanie wiary – dobrze ze Zuza jest z Selda…

Zdjecie oczywiscie zrobione z ukrycia.
22.01.2009
Nastepnego dnia wybieramy sie na wycieczke do Persepolis – kilkadziesiat km obok. Pozno wstajemy, potem dlugo sie zbieramy i robi sie pozno, ale potwierdza sie zasada, ze nie ma co sie napinac – i tak wszystko sie uda. Do Persepolis blyskawicznie docieramy lokalnym busikiem i taksowka – zeby zaoszczedzic na bezposrednim polaczeniu dla turystow – a 4 czy 5 godzin, ktore nam zostalo, wystarcza w zupelnosci.
Persepolis, czyli ruiny perskiego miasta wybudowanego po srodku niczego, glownie po to, by raz do roku goscic, olsniewac i rzucac na kolana zagranicznych poslow, niestety nie zrobilo na mnie takiego wrazenia jak na Kapuscinskim w “Podrozach z Herodotem”…
Ale nie ma co narzekac. Dosc szybko weszlismy za grobowiec Kserksesa wykuty w skale gorujacej nad Persepolis, a potem jeszcze wyzej, na gore znajdujaca sie dalej. Piekne, dzikie miejsce. Mozna tam bylo spedzic caly dzien – jesli ktos wybierze sie do Persepolis musi koniecznie tam zboczyc.

To male na dole to stada koz.

Wieczorem Selda z Filipem robia dla nas koncert w pokoju hotelowym (na sitare, skrzypce i niesamowity spiew Seldy), palimy fajke wodna (bo mam za malo bagazu i kupilismy w Esfahanie wlasna fajke ;) – w trakcie takich wieczorow nie chce sie wracac do Warszawy.
środa, 21 stycznia 2009
Esfahan
Zatrzymujemy sie u Amira z couchsurfing.com. Noc w mieszkaniu jest calkiem mila odmiana po ostatnich pieciu dniach w ciezarowkach. Nawet jesli spi sie na podlodze, w towarzystwie jeszcze 4 osob (do Amira przyszli koledzy wspolnie uczyc sie do egzaminow). A wczesniej jeszcze magiczny wieczor pod mostami. Przychodza tu mezczyzni i po prostu spiewaja sobie nawzajem. A glosy maja po prostu nieziemskie. Zuza nagrywa wszystko na dyktafon.
Nastepnego dnia idziemy zwiedzac. Podobno “zobaczyc Esfahan to jak zobaczyc pol swiata”, “najpiekniejsze miasto w Iranie” itp itd. Jest zima i jestesmy chyba jedynymi europejskimi turystami w miescie. Idziemy na glowny plac i jak sie okaze, juz sie z niego nie ruszymy do konca dnia.
Najpierw spotykamy Hosaina. Strasznie psioczy na rzad. Opowiada nam, ze gdy tylko chca ukryc jakies problemy, zaczynaja wycierac sobie usta Islamem, Koranem i Allahem. Ze pieniadze z ropy zamiast byc wydawane w Iranie, ida na pomoc dla Libanu, Palestyny i Talibow. Wczesniej nasi gospodarze, tlumaczac nam propagandowy plakat na ulicy, mowia, ze Liban, Palestyna itd sa oficjalnymi przyjaciolmi Iranu. Ale ich osobistymi juz napewno nie.
W Turcji wszyscy lamentowali ze ten zly Izrael zabija setkami dzieci i kobiety w Gazie. W telewizji tureckiej (iranskiej tez) doslownie za kazdym razem, gdy mielismy okazje widziec, lecialy materialy pelne zgliszcz i zakrwawionych ludzi. Tymczasem spotkani Iranczycy maja wiekszy dystans do tego konfliktu. Hosain tlumaczy nam ze rozumie, ze Izrael zostal sprowokowany ciaglym ostrzalem mozdziezowym zydowskich osiedli w wykonaniu Hamasu.
Generalnie nikt tu w Esfahanie nie lubi rzadu. Kolejny nasz rozmowca, gdy mijalismy jakiegos imama zaczal nam szeptac: “They enemies of the people…”.
Rownie daleki od oficjalnego jest stosunek do spraw obyczajowych. Kontakty miedzyplciowe przed malzenstwem sa zakazane, ale po prostu wszyscy spotykaja sie w domach. Zreszta na ulicy widac mnostwo par. Poza tym najwidoczniej zakazany owoc smakuje najlepiej. Gdy spojrzy sie mlodym Irankom w oczy (a oczy maja fenomenalne – wielkie, iskrzace sie, czarne jak smola), w ogole nie odwracaja wzroku, a czesto wrecz patrza tak intensywnie, ze bywa, ze czuje sie troche jak Zuza w Turcji :)
Hosain pokazuje nam zabawny filmik na komorce. Pojawiaja sie w nim nagie posladki, ale nie ma w tym nic erotycznego. Podobno za taki filmik mozna pojsc do wiezienia. Potem puszcza nam iranska muzyke. Nagle widzi jakiegos zblizajacego sie brodacza. Nerwowo probuje wylaczyc telefon (nie jest zbyt obeznany z technika): “Hezbollach, hezbollach, shit, shit!”. Brodacz odchodzi, Hosain znowu puszcza muzyke.

Wizytujemy jeszcze warsztat dywaniazy, gadamy z jakimis dzieciakami, wystepujemy w programie dla niemieckiej telewizji, idziemy z Wahidem do ukrytej przed turystami knajpki z fajkami wodnymi – wszystko to na jednym placu. Robi sie wieczor, wracamy do domu. Musimy zostac tu jeden dzien dluzej niz planowalismy, bo jednak wypada cos zobaczyc w tym miescie :)


Nastepnego dnia idziemy zwiedzac. Podobno “zobaczyc Esfahan to jak zobaczyc pol swiata”, “najpiekniejsze miasto w Iranie” itp itd. Jest zima i jestesmy chyba jedynymi europejskimi turystami w miescie. Idziemy na glowny plac i jak sie okaze, juz sie z niego nie ruszymy do konca dnia.
Najpierw spotykamy Hosaina. Strasznie psioczy na rzad. Opowiada nam, ze gdy tylko chca ukryc jakies problemy, zaczynaja wycierac sobie usta Islamem, Koranem i Allahem. Ze pieniadze z ropy zamiast byc wydawane w Iranie, ida na pomoc dla Libanu, Palestyny i Talibow. Wczesniej nasi gospodarze, tlumaczac nam propagandowy plakat na ulicy, mowia, ze Liban, Palestyna itd sa oficjalnymi przyjaciolmi Iranu. Ale ich osobistymi juz napewno nie.
W Turcji wszyscy lamentowali ze ten zly Izrael zabija setkami dzieci i kobiety w Gazie. W telewizji tureckiej (iranskiej tez) doslownie za kazdym razem, gdy mielismy okazje widziec, lecialy materialy pelne zgliszcz i zakrwawionych ludzi. Tymczasem spotkani Iranczycy maja wiekszy dystans do tego konfliktu. Hosain tlumaczy nam ze rozumie, ze Izrael zostal sprowokowany ciaglym ostrzalem mozdziezowym zydowskich osiedli w wykonaniu Hamasu.Generalnie nikt tu w Esfahanie nie lubi rzadu. Kolejny nasz rozmowca, gdy mijalismy jakiegos imama zaczal nam szeptac: “They enemies of the people…”.
Rownie daleki od oficjalnego jest stosunek do spraw obyczajowych. Kontakty miedzyplciowe przed malzenstwem sa zakazane, ale po prostu wszyscy spotykaja sie w domach. Zreszta na ulicy widac mnostwo par. Poza tym najwidoczniej zakazany owoc smakuje najlepiej. Gdy spojrzy sie mlodym Irankom w oczy (a oczy maja fenomenalne – wielkie, iskrzace sie, czarne jak smola), w ogole nie odwracaja wzroku, a czesto wrecz patrza tak intensywnie, ze bywa, ze czuje sie troche jak Zuza w Turcji :)
Hosain pokazuje nam zabawny filmik na komorce. Pojawiaja sie w nim nagie posladki, ale nie ma w tym nic erotycznego. Podobno za taki filmik mozna pojsc do wiezienia. Potem puszcza nam iranska muzyke. Nagle widzi jakiegos zblizajacego sie brodacza. Nerwowo probuje wylaczyc telefon (nie jest zbyt obeznany z technika): “Hezbollach, hezbollach, shit, shit!”. Brodacz odchodzi, Hosain znowu puszcza muzyke.

Wizytujemy jeszcze warsztat dywaniazy, gadamy z jakimis dzieciakami, wystepujemy w programie dla niemieckiej telewizji, idziemy z Wahidem do ukrytej przed turystami knajpki z fajkami wodnymi – wszystko to na jednym placu. Robi sie wieczor, wracamy do domu. Musimy zostac tu jeden dzien dluzej niz planowalismy, bo jednak wypada cos zobaczyc w tym miescie :)

Migawki z podrozy- granica turecko-iranska
Gdy przekraczamy granice jest juz ciemno. Trafiamy na wielki parking dla tirow. Nie wiemy co robic, bo wszyscy nam mowia, ze stad wcale nie jedzie sie tam, gdzie chcemy. Szwedamy sie po tym parkingu, ale nie jestesmy w stanie zgadnac w ktora strone powinnismy sie udac. Rozkladamy wiec oboz i gotujemy ryz. Zaczyna lapac mroz.
W koncu postanawiamy pochodzic po zaparkowanych tirach, popytac czy ktos jedzie na Tabriz i wprosic sie do ktoregos z nich. Po chwili przyczepia sie do nas brodacz o oczach psychopaty, z wielka palka w reku. Cos od nas chce. Nie mija pol minuty, a maszeruje za nami juz cala zgraja podejrzanych typow. Na szczescie szybko trafiamy na fantastycznego kierowce – starszego Turka – ktory nas przygarnia. Ale typy nie daja mu spokoju i ciagle cos od niego chca. Nic nie rozumiemy i nie wiemy o co chodzi. W koncu przychodzi angielskomowiacy policjant. Upiera sie ze nie mozemy nocowac w tym tirze i musimy isc do hotelu. Wcale nam sie to nie usmiecha, wiec dyskusja trwa z kilkanascie minut. W koncu dowiaduje sie, ze jestesmy bratem i siostra. Wtedy mieknie i pozwala nam zostac. Brodacz jeszcze wraca i rzuca sie w kierunku kierowcy, ale na szczęście też daje spokoj.
Sytuacja wygladala groznie, ale caly czas mielismy swiadomosc, ze niedaleko jest posterunek i mamy wszystko pod kontrola. Tak czy siak, nie mamy pojecia o co chodzilo. I to pomimo, ze wladamy juz doskonale tureckim:) Szczegolnie jesli kierowca zna kilka slow po angielsku/niemiecku/rosyjsku, mozemy gadac jak starzy znajomi. Moj ulubiony przyklad to ten, o ktorym pisala Zuza – “A wiec zwiedzil pan juz caly swiat!”, czyli “Wy (pol/ros) visited (ang) alles (niem) harita (mapa po turecku)!”.
Spedzamy noc w ciezarowce i rano odjezdzamy na poludniowy wschod.

Z Hakanem.

Sniadanie w przygranicznym miasteczku.
W koncu postanawiamy pochodzic po zaparkowanych tirach, popytac czy ktos jedzie na Tabriz i wprosic sie do ktoregos z nich. Po chwili przyczepia sie do nas brodacz o oczach psychopaty, z wielka palka w reku. Cos od nas chce. Nie mija pol minuty, a maszeruje za nami juz cala zgraja podejrzanych typow. Na szczescie szybko trafiamy na fantastycznego kierowce – starszego Turka – ktory nas przygarnia. Ale typy nie daja mu spokoju i ciagle cos od niego chca. Nic nie rozumiemy i nie wiemy o co chodzi. W koncu przychodzi angielskomowiacy policjant. Upiera sie ze nie mozemy nocowac w tym tirze i musimy isc do hotelu. Wcale nam sie to nie usmiecha, wiec dyskusja trwa z kilkanascie minut. W koncu dowiaduje sie, ze jestesmy bratem i siostra. Wtedy mieknie i pozwala nam zostac. Brodacz jeszcze wraca i rzuca sie w kierunku kierowcy, ale na szczęście też daje spokoj.
Sytuacja wygladala groznie, ale caly czas mielismy swiadomosc, ze niedaleko jest posterunek i mamy wszystko pod kontrola. Tak czy siak, nie mamy pojecia o co chodzilo. I to pomimo, ze wladamy juz doskonale tureckim:) Szczegolnie jesli kierowca zna kilka slow po angielsku/niemiecku/rosyjsku, mozemy gadac jak starzy znajomi. Moj ulubiony przyklad to ten, o ktorym pisala Zuza – “A wiec zwiedzil pan juz caly swiat!”, czyli “Wy (pol/ros) visited (ang) alles (niem) harita (mapa po turecku)!”.
Spedzamy noc w ciezarowce i rano odjezdzamy na poludniowy wschod.

Z Hakanem.
Sniadanie w przygranicznym miasteczku.
środa, 7 stycznia 2009
Przygody z wizami
„Pomyśl, czego najbardziej się boisz, a potem... zrób to!”. Nie, to nie jest myśl, która skłoniła nas do wyprawy autostopem do Nepalu - tak się motywowałem do zmierzenia się z biurokracją, gdy zaczął nadchodzić już ostatni moment by zacząć wyrabiać sobie wizy ;) Pierwsze starcie ze wschodnią cywilizacją było nader ciekawe.
Ambasada Indii to nowocześnie wyglądające biuro w bardzo nienowoczesnym biurowcu, co chyba na upartego może stanowić metaforę tego kraju. W środku siedzi młody Hindus, niezwykle szarmancki, uroczy, czarujący, dowcipny, słodki i miły - wobec kobiet. Wobec mnie nie chciało mu się nawet klecić całych zadań: "When?", "Two photos", "Money", a w końcu - "Tickets". Wśród dokumentów koniecznych do uzyskania wizy znajdować się bowiem musi ksero biletu lotniczego do Indii. Ale ja nie mam tickets bo jadę by bus. "By bus?! By bus?!" - wykrzywił się, jakbym mu krzywdę robił. No i szybko znalazł lekarstwo na taką sytuację - biurokrację. Musiałem napisać specjalne podanie do samego pana ambasadora, w którym wielce uprzejmie prosiłem o przyznanie mi jednak tej wizy (założę się, że nawet go nie powąchał...).
Oprócz biurokracji przećwiczyli mnie także w słynnym wschodnim targowaniu się. Wczoraj wróciłem tam z paszportami, zeby nam wbili wizę. Pytam, czy na pewno będę mógł odebrać je z powrotem o 16.30 (to oficjalna godzina startu wydawania wiz) - Nie ma takiej możliwości, za dużo pracy dzisiaj mamy, jutro - Ale ja jutro wyjeżdżam - Nie dziś nie, najwyżej jutro rano. - O 9-tej? - Nie, nie, po 11-tej - Ale ja wtedy nie mogę, przykro mi. A zresztą o 9-tej też nie mogę - Ech, no dobrze to dzisiaj, ale niech pan przyjdzie późno, na sam koniec - Mi bardzo zależy na czasie. O której przyjść? - No o 16.30...
Ambasada Pakistanu mieści się w biurowcu obok, ale jej wnętrze przypomina ubogi acz przytulny domek - dywanik, czajniczek, szafeczka, stare lustro, starszy pan w sweterku a la lata 80-te. Jeśli chodzi o stosunki międzypłciowe, to tu sytuacja była odwrotna, wobec mnie był niezwykle miły, a wobec Zuzy opryskliwy. Ale większym problemem było to, że ulubioną odpowiedzią na większość istotnych pytań (o rodzaje wiz itp) było "Don't worry, no problem"... Drugim problemem było to, że bardzo zwlekali z wydaniem wiz, a musieliśmy zostawić u nich paszporty (w pozostałych ambasadach można bez problemu donieść paszport dopiero w dniu wydania wizy). Za każdym razem, gdy dzwoniłem słyszałem nowy, późniejszy termin. W końcu na 100% miały być we wtorek. Dzwonię we wtorek - "Nie ma jeszcze, będą w piątek". No więc zrobiłem awanturę, że muszę mieć te wizy dziś do 12-tej. Skończyło się na tym, żebym przyszedł przed tą 12-tą, może będą. I co? I były. Mam nauczkę, żeby awanturować się od razu, nawet na zapas...
Ambasada Iranu mieści się w majestatycznej willi, a wszystkie ogłoszenia na tablicy korkowej zaczynają się od złowrogiego wezwania "W imię Boga!". Mimo groźnej, jak na religijną dyktaturę przystało, fasady, z tą ambasadą były najmniejsze problemy.
Niestety, kiedy w końcu odzyskaliśmy paszporty i mogliśmy pójść odebrać irańską wizę, podstępnie, nie uprzedzając nas, nadszedł jeden z najważniejszych dni dla muzułmanów, a szyitów w szczególności - święto Aszura.
Ambasada zamknięta. Start wyprawy opóźniony.
Gdybym był złośliwy, to miałbym nadzieję, że pracownicy ambasady Pakistanu świętują zgodnie z tradycją ;)
Tego dnia opłakuje się męczeńską śmierć Husajna ibn Alego, wnuka Mahometa poległego w bitwie pod Karbalą. W czasie procesji zmierzających do grobu Husajna gromady mężczyzn biczują się i kaleczą do krwi.
Ambasada Indii to nowocześnie wyglądające biuro w bardzo nienowoczesnym biurowcu, co chyba na upartego może stanowić metaforę tego kraju. W środku siedzi młody Hindus, niezwykle szarmancki, uroczy, czarujący, dowcipny, słodki i miły - wobec kobiet. Wobec mnie nie chciało mu się nawet klecić całych zadań: "When?", "Two photos", "Money", a w końcu - "Tickets". Wśród dokumentów koniecznych do uzyskania wizy znajdować się bowiem musi ksero biletu lotniczego do Indii. Ale ja nie mam tickets bo jadę by bus. "By bus?! By bus?!" - wykrzywił się, jakbym mu krzywdę robił. No i szybko znalazł lekarstwo na taką sytuację - biurokrację. Musiałem napisać specjalne podanie do samego pana ambasadora, w którym wielce uprzejmie prosiłem o przyznanie mi jednak tej wizy (założę się, że nawet go nie powąchał...).
Oprócz biurokracji przećwiczyli mnie także w słynnym wschodnim targowaniu się. Wczoraj wróciłem tam z paszportami, zeby nam wbili wizę. Pytam, czy na pewno będę mógł odebrać je z powrotem o 16.30 (to oficjalna godzina startu wydawania wiz) - Nie ma takiej możliwości, za dużo pracy dzisiaj mamy, jutro - Ale ja jutro wyjeżdżam - Nie dziś nie, najwyżej jutro rano. - O 9-tej? - Nie, nie, po 11-tej - Ale ja wtedy nie mogę, przykro mi. A zresztą o 9-tej też nie mogę - Ech, no dobrze to dzisiaj, ale niech pan przyjdzie późno, na sam koniec - Mi bardzo zależy na czasie. O której przyjść? - No o 16.30...
Ambasada Pakistanu mieści się w biurowcu obok, ale jej wnętrze przypomina ubogi acz przytulny domek - dywanik, czajniczek, szafeczka, stare lustro, starszy pan w sweterku a la lata 80-te. Jeśli chodzi o stosunki międzypłciowe, to tu sytuacja była odwrotna, wobec mnie był niezwykle miły, a wobec Zuzy opryskliwy. Ale większym problemem było to, że ulubioną odpowiedzią na większość istotnych pytań (o rodzaje wiz itp) było "Don't worry, no problem"... Drugim problemem było to, że bardzo zwlekali z wydaniem wiz, a musieliśmy zostawić u nich paszporty (w pozostałych ambasadach można bez problemu donieść paszport dopiero w dniu wydania wizy). Za każdym razem, gdy dzwoniłem słyszałem nowy, późniejszy termin. W końcu na 100% miały być we wtorek. Dzwonię we wtorek - "Nie ma jeszcze, będą w piątek". No więc zrobiłem awanturę, że muszę mieć te wizy dziś do 12-tej. Skończyło się na tym, żebym przyszedł przed tą 12-tą, może będą. I co? I były. Mam nauczkę, żeby awanturować się od razu, nawet na zapas...
Ambasada Iranu mieści się w majestatycznej willi, a wszystkie ogłoszenia na tablicy korkowej zaczynają się od złowrogiego wezwania "W imię Boga!". Mimo groźnej, jak na religijną dyktaturę przystało, fasady, z tą ambasadą były najmniejsze problemy.
Niestety, kiedy w końcu odzyskaliśmy paszporty i mogliśmy pójść odebrać irańską wizę, podstępnie, nie uprzedzając nas, nadszedł jeden z najważniejszych dni dla muzułmanów, a szyitów w szczególności - święto Aszura.
Ambasada zamknięta. Start wyprawy opóźniony.
Gdybym był złośliwy, to miałbym nadzieję, że pracownicy ambasady Pakistanu świętują zgodnie z tradycją ;)
Subskrybuj:
Posty (Atom)