Pokazywanie postów oznaczonych etykietą indie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą indie. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 26 kwietnia 2009

Droga do Delhi

12/13.03.2009

Ale do Delhi dojechac to nie taka prosta sprawa…

Na dworcu zastajemy kolejke do okienka, wiec Ola doradza nam zeby kupic bilety po prostu w trakcie jazdy od autobusowego biletera. No fakt, czemu nie.

Siadamy wiec i jedziemy. Autobus zatrzymuje sie w kazdej kolejnej miejscowosci i niedlugo robi sie spory scisk. Przychodzi bileter. Mowimy, ze chcemy do Dehli, a on jakos podejrzanie zaczyna krecic glowa... Ktos lamanym angielskim tlumaczy nam, ze… autobus jest pelny, biletow juz kupic nie mozna i musimy wysiasc w najblizszym miescie. He he, coz, bywa i tak…

Nagle z tlumu stojacych ludzi wychyla sie glowa mnicha i cos do nas mowi… Przez kolejnych tlumaczy dowiadujemy sie, ze mnich ma akurat dwa bilety do Dehli, ale z jakis powodow nie moze tam jechac i zaraz wysiada. Oczywiscie bilety odkupujemy – los nam sprzyja :)

Zapadamy w sen. Gdy sie budze, stoimy na poboczu. Czesc ludzi siedzi, czesc wychodzi, czesc kreci sie niespokojnie tam i z powrotem. Probuje dowiedziec sie o co chodzi, ale nagle jakbym stal sie niewidzialny… W koncu ktos mi mowi, ze autobus sie zepsul i musimy sie przesiasc. Budze Zuze i na wpol jeszcze spiacy ide na dach po plecaki.

Po czym z dachu obserwuje, jak podjezdza nowy autobus, ludzie wbiegaja do srodka i autobus odjezdza. Zupelnie jakbym wciaz jeszcze snil…

Gdy schodze na dol, okazuje sie ze na lodzie zostalo jeszcze ok 10 osob. Siadamy wiec na poboczu i zatrzymujemy kolejne autobusy. A nuz ktorys jedzie do Delhi, ma wolne miejsca i nalezy do tej samej firmy co poprzedni (nikt nie chce placic drugi raz za bilety). Tyle ze jest srodek nocy i tych autobusow za duzo nie ma :)

Ale nic to. Zawsze mozemy przeciez przespac sie w namiocie, a rano pojechac autostopem :)

Odpowiedni autobus zatrzymuje sie w koncu po ok 2 godzinach. Rano jestesmy w Delhi.

Przed nami wazna misja – zdobyc wizy do Iranu i Pakistanu. A dostac Pakistanska wize w Indiach to podobno nie taka bulka z maslem :)

Daramsala

6-12.03.2009

W Daramsali spedzamy tydzien. Mieszkamy u Oli (kolezanki kolezanki Zuzy) i Kenjego, jej narzeczonego. Zuza wita go tybetanskim “Taszi Delek”, ale odpowiedzi brak... “Ech, ten moj akcent...” Ale to nie wina akcentu. Kenji po prostu jest Japonczykiem :)

Zuza odezwala sie do Oli kilka dni temu, a Ola od razu bez zadnych oporow zgodzila sie przyjac obcych ludzi w swe progi. Dzieki :)

Daramsala to niewielkie miasteczko zamieszkane przez Hindusow. Okolo 20 minut piechota pod gore znajduja sie budynki tybetanskiego parlamentu i rzadu na uchodzctwie. Troche dziwnie patrzy sie na ministerstwo spraw wewnetrznych nieistniejacego panstwa... Za parlamentem skreca sie w waska sciezynke, idzie wzdluz strumienia, mija studnie, gdzie Hinduski robia pranie, przecina niewielka lake i tam wlasnie stoi dom, w ktorym Ola wynajmuje pokoik.



A jesli pojdzie sie dalej pod gore, po ok 40 minutach dociera sie do miejsca, ktore na calym swiecie nazywane jest Daramsala, czyli tybetanskiej osady z siedziba Dalaj Lamy (a tutejsza nazwa to McLeod Ganji – zdaje sie, ze od nazwiska jej brytyjskiego zalozyciela). Osada sklada sie z grubsza z 4 ulic i najbardziej ze wszystkiego przypomina zwykla gorska miejscowosc wypoczynkowa. Gdybym sie wczesniej czegokolwiek spodziewal po tym miejscu, to na pewno nie tego, ze wszystko wyglada tak skromnie...

*
Jak wyglada nasz dzien codzienny?

Zaczac trzeba chyba od zastanawiajacej prawidlowosci – jak to sie dzieje, ze gdy spotkaja sie Polacy, od razu pojawia sie tez wodka? W Indiach akurat wodka jest rzadkim towarem, ale jest za to whisky. Kosztuje 1$ za 0,5l. Cena zaskakuje, ale tylko dopoki nie przeczyta sie skladu... Spirytus, woda i aromaty :) Przy okazji wcinamy “nasza” kielbase i Oli sledzie (przyszly do niej niedawno w paczcie bozonarodzeniowej – sie poczta troszke spoznila...) - prawdziwa uczta.

Nawiasem mowiac jest to nasz ostatni miesny posilek do tej pory. Miesa w ogole mi nie brakuje i jest mi z tym naprawde dobrze (Zuzannie tak samo). Mniej dobrze jest mojemu paskowi, bo do chwili, gdy wklepuje te slowa na bloga, musialem w nim wydrazyc juz 4 nowe dziurki - ale to zupelnie inna historia.

Czasem budze sie rano, zbieram cialo z podlogi, wychodze na balkon, zaciagam sie rzeskim powietrzem, nade mna wznosi sie osniezona gora, przede mna krzataja sie hinduscy rolnicy, za mna krzata sie rolnik japonski (bo Kenji w Japonii uprawia arbuzy:), po sniadaniu mam isc zrobic pranie nad rzeka… Taka sielanka, ze za trudno uwierzyc, ze to wszystko jest naprawde (nawet jesli pranie w koncu robie w wiadrze w kiblu ;).

Co poza tym?

Narzekamy na tlumy amerykanskich turystow, szlajamy sie w gore i w dol, odwiedzamy knajpy, swiete jeziora i wyklady slynnych tybetanczykow (najslynniejszy to oczywiscie Dalaj Lama;)


W japonskiej restauracji z panorama. Restauracja jest non-profit i caly dochod idzie na zbozna cele. Jesli bedziecie w Daramsali, to zajdzcie.


A tu nad swietym jeziorem. Jak sie nie da pojechac nad Ganges, mozna sie wykapac tutaj.


Zabawne, jak roznie mozna pokazac ta sama rzecz. Powyzej swiete jezioro wg Zuzy.


I swiete jezioro wg Michala.


Wyklad osobistego biografa Dalaj Lamy. Postac niezwykle ciekawa, lecz wyklad przerazliwie nudny i jalowy. Prawie zasypiam. Ale polowa sali slucha z otwartymi ustami – wszkakze to biograf samego Dalaj Lamy! ;)

*
Co jeszcze? Np uczestniczymy w modlach w Swiatyni buddyjskiej.

Wiekszosc czasu spedzam na obserwowaniu mnichow (oraz bialych – ale o tym pozniej) . Na poczatku wydaja sie jedna zwarta, czerwono-zolta masa, pograzana w medytacji. Lecz gdy popatrzy sie dluzej, wylaniaja sie indywidualnosci – a to ktos w zarowiastych skarpetach, a to ktos w gigantycznych okularach przeciwslonecznych rodem z lat 70-tych (oczywiscie na glowie, a nie na oczach), ktos drapie sie pod pacha, ktos drapie po plecach sasiada, ktos sasiadowi uparcie wierci palcem miedzy zebrami… A poza Swiatynia mnichow mozna czasem spotkac w kafejkach internetowych - z zapalem praktykuja buddyzm strzelajac do siebie nawzajem w grach komputerowych ;) Jednym slowem, mnisi to niezle zgrywusy!

Jest ich tu w Daramsali naprawde duzo, co oczywiscie nie dziwi. Nadaja uliczkom miasta wyjatkowego kolorytu:



*
Kolejnym po mnichach istotnym elementem tutejszego krajobrazu sa Wypasancy (od sanskryckiego “vipasana”, czyli medytacji).

Do Daramsali (i w ogole do Indii, ale tu jest ich wyjatkowo duze zageszczenie) przybywa mnostwo bialych w poszukiwaniu oswiecenia, sensu zycia itd. Czesc z nich podchodzi do sprawy powaznie i dojrzale. Ale wielu wydaje sie, ze jesli ubiora sie w orientalne ciuchy i posiedza po turecku, oswiecenie przyjdzie samo.

Takze codziennie widujemy kobiety w odswietnych strojach tybetanskich, ktore wygladaja prawie tak groteskowo, jakby przyjechaly do Krakowa, przebraly sie w stroj krakowiaka i lataly z lajkonikiem pod pacha (dodatkowo smieszne jest, jesli nie wiedza co zrobic z kadakiem i nosza go jak apaszke). Sa tez ludzie, ktorzy czekajac w knajpie na jedzenie, siedaja po turecku, unosza oczy ku sufitowi i “medytuja” (“patrzcie jaki jestem uduchowiony, a wy nie, ommmm”). Albo obrazek ze Swiatyni: mnisi sa wyluzowani, garbia sie, drapia, szepcza do siebie, a biali – idealny kwiat lotosu, plecy jak struna, przymkniete oczy i delikatny usmiech widzacego swiatelko w tunelu...

Jak sie latwo domyslic, sa dla nas Wypasancy niewyczerpanym zrodlem zartow :)

Bo uduchowienie, to nie umiejetnosc medytowania w dowolnym miejscu o dowolnym czasie, tylko spokoj ducha, ktory pozwala na widzenie rzeczy takimi jakie sa i na spontaniczne okazywanie dobrego serca innym... (tylko nie piszcie, ze gadam jak Amelia :D )

No ale to jest latwiejsze:


Oraz kursy tego typu:


:D

Mialem tez zdjecie “ashramu” dla Wypasancow, ale cos z nim sie stalo. Ashram to po hindusku pustelnia, gdzie mozna w spokoju oddawac sie medytacji. Tak wiec, zeby zarobic w Daramsali, wystarczy zbudowac bude z blachy (niekoniecznie na pustkowiu) i napisac ze to ashram. Wypasancy beda placic, za to ze moga tam siedziec przez miesiac i medytowac, zywiac sie woda i salata :)

*
W niedziele do Daramslali przybywa Jego Swiatobliwosc (Tybetanczycy nie mowia “Dalaj Lama”, tylko zawsze “His Holiness”). Z samego rana ma przewodniczyc modlom w Swiatyni.

Zuza zrywa sie przed wschodem slonca, zeby stanac w kolejce. Mi sie nie chce wstawac tak wczesnie. Gdy przychodze do Swiatyni, Zuzy nigdzie nie widze, ale kolejka ma najwyzej 20 osob :) Okazuje sie, ze ja moge wejsc, ale moj aparat juz nie... I nie moge zostawic go w depozycie, jak poprzeniego dnia, bo gdy przyjezdza Dalaj Lama depozyt likwiduja... Wychodze wiec poszukac jakiejs knajpy, zeby zostawic torbe, ale jeszcze wszystko zamkniete.

Potem sie dowiaduje, ze Zuza tez nie mogla znalezc nic otwartego, wiec zostawila aparat w kupie starych lisci. To sie nazywa desperacja :) Ja az tak zdesperowany nie jestem. Wrecz odwrotnie. Staje na ulicy i mysle, jak bardzo mi sie nie chce uczestniczyc w tym calym tloku. Dalaj Lame juz widzialem (zreszta samo patrzenie mnie nie kreci...), a i nie sadze by jego mantrowanie bylo dla mnie jakos bardziejsze niz czyjekolwiek inne...

Tak wiec postanawiam pomedytowac, ale po swojemu. Kupuje osiem bananow na sniadanie, do torby pakuje placek na obiad i wyruszam zdobyc gore, ktora kroluje nad Daramsala.




Wycieczka bylaby fantastyczna, gdyby nie jeden szkopul. Na gore wchodzilem 4-4,5h, a schodzilem 6h... Znowu kolana. Ledwo doczlapalem do domu. Nigdy wiecej gor dopoki jakis lekarz nie zrobi z tym pozadku... :)

*
We wtorek, 10 marca, obchody 50 rocznicy powstania. Jednodniowy strajk glodowy, wyklady, plakaty, wieczorny marsz ze swiecami... Oraz wielka manifestacja, ktora gromadzi wiekszosc mieszkajacych w oklicy Tybetanczykow. Nas takze.


Porwany przez wiatr historii... Entuzjazm az mnie rozsadzal ;) Za to Zuza czula sie jak ryba w wodzie - latala z flaga polska i tybetanska wystajaca z torby i uwieczniala wszystko dla potomnych.


Ludzie podzieleni sa na grupki z ktorych kazda ma wlasnego “zagrzewacza”, ktory wykrzykuje wlasne hasla. “China, china, china, out out out”, "No more killing in Tibet", "Release Panchen Lama" (To jeden z najwyzszych lamow, ktory zostal uwieziony przez Chinczykow jako kilkuletnie dziecko, zaraz po odkryciu go jako reinkarnacji poprzedniego Panchen Lamy. Pewnie juz nie zyje). Tak, krzycza po angielsku, nie tybetansku... Zagrzewacze dra sie wrecz histerycznie, do zdarcia gardla. W kazde haslo wkladaja tyle sily, jakby mialo doleciec… no wlasnie, dokad powinno doleciec?

Ale czy kogos na swiecie interesuje ta manifestacja? Czy ktos ja zobaczy w telewizji? Watpie. Lecz na pewno wazna jest dla samych Tybetanczykow. Widza, jak wielu ich jest, ze razem, zjednoczeni wokol wspolnego celu, stanowia jakas tam sile. No i moga dac upust swojej bezsilnej zlosci...

Sama manifestacja moze i nikogo nie interesuje, ale i tak Tybet ma swietny marketing. Jesli kogos na zachodzie zapytac o zniewolone narody, najczesciej wymieni Palestynczykow i Tybetanczykow. Dalaj Lama, kilka slynnych filmow oraz Richard Gere robia swoje (Richard mowi o Tybecie zawsze, gdy tylko moze, a gdy przyjezdza do Daramsali, podobno zwykl sie przedtsawiac “Moze mnie znasz z telewizji, wiesz, wystapilem w paru filmach…” :).

Jesli mysli sie buddyzm – mysli sie Dalaj Lama. Jesli mysli sie Himalaje i nieskazona przyroda – mysli sie Tybet. A Tybetanczycy to ci, ktorzy dzielnie walcza tylko pokojowymi metodami, sa niezwykle uduchowieni, madrzy zyciowo i powinno sie brac z nich przyklad…

A to sa oczywiscie normalni ludzie z krwi i kosci. Na przyklad Zuze raz napastuje pijana dwojka na motorze (potem sie na tym motorze wywracaja, wiec Zu ma przynajmniej na koniec kupe smiechu). Ola tez ma kilka takich doswiadczen, lacznie z tym ze ktorys “z milosci” ugryzl ja w nos, a inny podrapal po plecach. Slyszymy opowiesci o czestych bojkach, takze na noze. Wiekszosc z nich ma bardzo bardzo powierzchowne pojecie o buddyzmie, ktore sprowadza sie do znajomosci kilku rytualow. Wszyscy uwielbiaja Dalaj Lame, ale najczesciej jako kogos w rodzaju idola albo bostwa – malo kto interesuje sie glebiej, tym co rzeczywiscie ma do powiedzenia. No i, szczegolnie na tybetanskiej prowincji, nikt sie nie interesuje polityka. Kazdy mysli tylko o wlasnym poletku. Czyli wciaz trwa to, co zgubilo Tybet kilkadziesiat lat temu – totalna izolacja i brak znajomosci swiata zewnetrznego (Dalaj Lama w jednej z ksiazek pisze, ze w latach 50-tych w calym Tybecie przebywalo 6 obcokrajowcow…).

Ale nie zmienia to wszystko 2 rzeczy.

Po pierwsze, wszyscy Tybetanczycy, ktorych ja osobiscie spotkalem, to przeuroczy
ludzie, pelni wewnetrznego spokoju i niewyczerpanych pokladow poczucia humoru :)

Po drugie – ich sytuacja jako narodu jest rzeczywiscie po prostu zla. Ale moze nie bede pisal, o tym jak sa przesladowani za kazdy przejaw tybetanskosci, jak w wyniku masowych przesiedlen stali sie mniejszoscia we wlasnym kraju, jak Chiczycy niszcza wszystko poczawszy od klasztorow, na srodowisku konczac... Czasem wiecej od slow mowia obrazy. Ponizej najciekawszy film, jaki znalazlem na YouTubie. Polecam jednak pogrzebac samemu :)


*
Ola (zanim zaczela sie obijac tak jak teraz :) uczyla angielskiego w dwoch tutejszych szkolach dla uchodzcow. Troche nam o tych szkolach opowiada i ostatniego dnia odwiedzamy jedna z nich. Szkola jest bardzo kameralna, mieszka tu i uczy sie ok 20 osob. I jest polozona w tak malowniczym miejscu, ze trudno o bardziej malownicze.

No i co tu duzo mowic – postanowiamy tu zostac.

Umawiamy sie z managerem, ze zaczniemy prace od 1 kwietnia.

Widocznie uczenie angielskiego tych czy innych Tybetanczykow bylo po prostu naszym przeznaczeniem ;)

*
Daramsala to troche takie przedluzenie Nepalu – gory, zimne noce, spokoj i skosnookie twarze dookola :) A teraz mamy 3 tygodnie, by doswiadczyc bardziej indyjskich Indii.

Biezemy jeszcze ostatni cieply prysznic (gdy wklepuje te slowa jest koniec kwietnia i nadal jest to nasz ostatni cieply prysznic:) i ruszamy do Delhi.

czwartek, 16 kwietnia 2009

Droga do Daramsali

Ogloszenia parafialne
1. Podobno podalem zly numer do siebie :/ Prawidlowy: 663 173 337.
2. Jesli nie chcesz czytac nowych opowiesci od konca, kliknij tutaj (dla mniej zaawansowanych: potem trzeba kliknac "nowszy post" na dole)



04-05.03.2009

Plan jest taki: z Katmandu jedziemy autobusem na poludnie do Bajrahawy, czyli granicy z Indiami; potem kolejnym autobusem do Gorakhpuru; stamtad pociagiem do Dehli; a stamtad do Daramsali (nie mamy jeszcze zielonego pojecia czym).

Wstajemy klasycznie, czyli skoro swit, i idziemy na dworzec. Tu obskakuja nas naganiacze i probuja nam wmowic, ze nasz autobus dzis nie odjedzie z powodu strajkow i musimy jechac przez Pokhare. Oczywiscie ich autobusem. Nie dodaja jednak, ze to oznaczaloby jeden dzien drogi wiecej :) Polaczen do Pokhary jest mnostwo, wiec i od naganiaczy nie mozemy sie opedzic. Jeden nawet mowi, ze owszem, jedzie do Bajrahawy i dopiero od ludzi w srodku dowiadujemy sie, ze to jednak autobus do Pokhary... To pierwszy raz, kiedy ktos w Nepalu chcial nas oszukac.

W koncu odnajdujemy nasz autobus, ale nie ma juz wolnych miejsc. Mowimy wiec, ze mozemy jechac na dachu, zaden problem. Na dachu?!?! Szef autobusu nie moze uwierzyc, ze blade twarze moga, a nawet chca jechac w takich warunkach. Na szczescie w koncu udaje sie go przekonac, zeby nam pozwolil.

Gdy siedzimy juz na gorze, swita mi w glowie pewne podejrzenie… Moze to nie przypadek, ze jestesmy na tym dachu sami... I rzeczywiscie :) Szosa na poludnie okazuje sie w miare rowna i plaska, wiec autobus rozwija czasem nawet zawrotna predkosc 60-70 km/h (przypominam, ze do Siabru jedzie sie ze srednia predkoscia 20km/h ;). Wiekszosc czasu siedzimy wiec w kurtkach i kapturach, ze szczelnie zaslonietymi ustami i nosem. Ale mimo wiatru da sie zjesc, wypic i przespac, wiec wszystko, co do zycia potrzebne, mamy :)


*
Jest juz ciemno, gdy dojezdzamy do jakiegos miasta - ok 30 km od Bajrahawy. Tutaj mowia nam, ze mamy zabierac plecaki i opuscic autobus... Zostalo juz tylko 5 osob i nie oplaca im sie jechac dalej... Jesli chcemy, mozemy przesiasc sie za darmo do autobusu, ktory stoi za nami. No to sie przesiadamy. Okazuje sie, ze jest to autobus z Katmandu, ktory mial odjazd 3 godziny po nas… Widocznie ich kierowca ma mniej znajomych po drodzie i rzadziej sie zatrzymywal, zeby sobie pogadac… W kazdym razie nastepne 30km spedzamy okrutnie scisnieci w przejsciu miedzy siedzeniami.

*
Autobus wyrzuca nas przy jakiejs ruchliwej drodze… Za cholere nie wiemy, gdzie jestesmy, ani gdzie jest granica. Jakis dobry czlowiek lapie nam riksze, tlumaczy riksiarzowi, gdzie nas zawiesc i negocjuje cene. Nastepne 10km pokonujemy wiec dzieki sile ludzkich miesni. Zawsze w takich sytuacjach sie zastanawiam - a co jesli gosc wiezie nas w zupelnie innym kierunku? :) A nalepiej z calej przejazdzki zapamietam riksiarza heroiczne proby dzwonienia dzwonkiem rowerowym na stojace w korku tiry i autobusy.

*
Na granicy tlum francuskich turystow. Celnicy wiec chca sie nas jak najszybciej pozbyc, bez zbednego gadania wbijaja pieczatki i po chwili mozemy wkroczyc do Indii. Nikt sie nie zainteresowal tym, ze nasze wizy wygasly prawie tydzien temu.

*
Po indyjskiej stronie idziemy ulica przed siebie, idziemy i zastanawiamy sie, gdzie moze byc autobus, ktory zawiezie nas dalej. W pewnym momencie dogania nas jakis czlowiek i pyta dokad zmierzamy. “Do Gorakhpuru”. W odpowiedzi pokazuje nam swiatelka majaczace kilkaset metrow przed nami: “To jest ostatni autobus dzisiaj. Wlasnie odjezdza”. Puszczamy sie wiec biegiem i na szczescie zdazamy. Wydajemy przy tym na bilety nasze ostatnie indyjskie pieniadze.

*
W Gorakhpurze szybko odnajdujemy dworzec kolejowy i dowiadujemy sie, ze nasz pociag odjezdza juz za godzine. Oznacza to, ze musimy jak najszybciej zdobyc indyjskie rupie. Odnajdujemy bankomat. Niestety nie chce nam wydac pieniedzy... Pytamy jakiegos wasatego faceta, czy gdzies w okolicy sa inne bankomaty. Niestety nie. No coz, zatem trzeba bedzie nocowac na dworcu i od rana szukac kantoru... Ale facet stoi tak, patrzy na nas i… mowi, ze po prostu kupi nam bilety i tyle. Zycie nie przestaje nas zaskakiwac ;) Mozemy jechac dalej!

*
Jak opisac podroz indyjskim pociagiem?

Zaczac nalezy od dworca. W nocy cala hala i wieksza czesc peronow pokryta jest lezacymi ludzmi. Nie sa to bezdomni – to pasazerowie czekajacy na swoje pociagi, ktore zazwyczaj spozniaja sie kilka godzin oraz (chyba przede wszystkim) ludzie pochodzacy z okolicznych wiosek i pracujacy w miescie, ktorych nie stac na wynajecie pokoju.


Do kolejki do okienka prawie zawsze ktos probuje sie wcisnac. Dla zasady. Czasem wpychaja sie nawet, gdy w kolejce stoi tylko jedna osoba. Zazwyczaj wystarczy na takiego warknac, ewentualnie dac po lapach (ich klasyczna zagrywka to wsadzenie do okienka reki z pieniedzmi) i taki cwaniak sie wycofuje. Niemniej jednak trzeba byc w ciaglej gotowosci do odparcia ataku ;)

Nasz dobry duch kupil nam bilety w najnizszej klasie, zwanej tu “general”. Powody byly dwa. Po pierwsze cena (niestety nie pamietam, ale prawdopodobnie byly to 2 dolary za ok 700 km). Po drugie, jest to jedyna klasa, na ktora nie trzeba robic rezerwacji. Po prostu do przedzialow “general” moze wejsc dowolna ilosc pasazerow i to juz ich broszka, jak sie pomieszcza.

Smiesznie niska cena i mozliwosc kupienia biletu nawet minute przed odjazdem sprawiaja, ze juz zawsze podrozujemy najnizsza klasa.

Kilka zdjec z wnetrza wagonu:

Zawsze gdy sie dalo, pakowalismy sie na gorna polke. Lezy/siedzi/kuli sie w klebek na golych deskach, ale przynajmniej jest wiecej miejsca (co jest o tyle wazne, ze zazwyczaj podrozujemy noca, zeby miec od razu nocleg - wiec fajnie jest moc sie troche przespac). A na dole zdjecia widac, jak dzieci zajmuja siedzania w dwoch rzedach.


Tu widac, ze nie tylko dzieci zajmuja miejsca w dwoch rzedach. Najpierw spal tu tylko jeden mezczyzna. Potem przyszedl kolejny (nie znali sie) i po prostu polozyl sie rownolegle, twarza w twarz, nos w nos. Wtedy tamten trzepnal go w potylice. Wiec przysiadacz przekrecil sie na drugi bok. Objeli sie i zasneli jakby nigdy nic. Potem facet ktory siedzial przy oknie tez postanowil rozlozyc nogi i voila! Nic niezwyklego w indyjskich pociagach


Dla wtajemniczonych - niektorzy hindusi lubia uprawiac boko-maru na polkach bagazowych ;)

*
Do Dehli dojezdzamy po 18 godzinach... Takze marzymy tylko o tym, zeby w koncu zdobyc indyjska walute i kupic sobie cos do jedzenia. Pierwszy bankomat nie dziala. Drugi tez nie. Na szczescie w trzecim sie udaje. JEDZENIE!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

W dworcowej knajpie spotykamy pare Polakow. Ktorzy maja polska kielbase. Ktorzy daja nam dwa wielkie peta polskiej kielbasy! Ale i tak najfajniejsze bylo pogadanie po polskiemu ;)

*
Probujemy dowiedziec sie, jak dostac sie do Daramsali. Wysluchujemy kilku roznych wersji, najbardziej wiarygodna wydaje sie ta, zeby przedostac sie na inny dworzec i tam zlapac bezposredni autobus. Jest noc, ale zawsze warto sprawdzic godzine najblizszego odjazdu. Mimo dosc metnych wskazowek dostajemy sie na miejsce blyskawicznie i bezproblemowo (zaliczajac przy okazji metro), jakby to byla Warszawa a nie kilkunastomilionowe Dehli – normalnie jestesmy z siebie dumni.

A co sie okazuje na miejscu? Ze autobus odjezdza za kilka minut. Nie moglo byc inaczej.

*
Droga do Daramsali jest najspokojniejsza czescia podrozy. Po kolejnych 10 godzinach dojezdzamy na miejsce.

2 kraje, 6 srodkow transportu, ponad 1400 kilometrow i 52 godziny non stop w drodze – to lubie :)

poniedziałek, 2 lutego 2009

Tranzyt przez Indie

27.01.2009

Rano wstajemy wsrod mgly i ptasich treli rodem z rownikowej dzungli.

Do Szwajcarow przyjechala telewizja zrobic program. Po tym juz nie bylo problemow z przekroczeniem granicy pakistanskiej :)

Przejscie indyjskie zamykaja o 15.30 (o 16 zaczyna sie widowisko), a my zbieramy sie dopier o 15… Biegniemy przez posterunki pakistanskie, potem zaraz za granica Szwajcarow zatrzymuja Hindusi i kaza im wracac. Mathias siada na ziemi i mowi ze sie nie ruszy. Jest mnostwo zamieszania, na szczescie schodza sie ludzie i zolnierze nie chca gwaltownie reagowac. Zaliczam kilka kilkusetmetrowych biegow z plecakiem tam i z powrotem na posterunek, zeby na nas zaczekali, mimo ze jest juz po czasie. Zuza udaje ze ja boli kolano, dlatego sie opoznilismy. W koncu wpuszczaja cala czworke, Szwajcarzy musza tylko (he he) zalatwic przez ambasade pozwolenie z ministerstaw finansow na swoje osiolki.

Noc spedzamy zaraz za siatka otaczajaca terenem graniczny, pod czujnym okiem straznika.


28.01.2009

Schemat kupowania biletu relacji Amritsar-Moradabad:

- Z okienka przy wejsciu do dworca kieruja nas na druga strone torow do “Rezerwacji”.
- Tam 20-30min probujemy dogadac sie na temat mozliwych godzin odjazdow i cen. Na koniec mowia nam, ze nie mozemy tu kupic biletow, musimy najpierw isc do kogos w rodzaju naczelnika.
- Idziemy z powrotem na pierwsza strone torow. Naczelnik sie smieje i kaze nam wracac.
- Wracamy wiec i bez problem dostajemy bilety. Kobieta mowi, ze jestemy na liscie oczekujacych. Pytamy wiec, kiedy bedziemy wiedzieli, ze na pewno mozemy jechac. Kaze nam isc z powrotem do naczelnika.
- Naczelnik pisze cos na bilecie i kaze nam isc za jakas stara kobieta.
- Kobieta prowadzi nas kilkaset metrow poza teraz dworca do zupelnie innego budynku. Tam siedzi Szef Wszytskich Szefow, sprawdza cos w swoich tabelkach (zero komputera) i mowi ze ok – mamy te bilety, miejsca 27 i 28, i o nic mamy sie nie martwic.

Do pociagu kilka godzin, wiec jedziemy do centrum zwiedzic swiete miejsce Sikhow. Tam wita nas jadlodajnia dostepna dla wszystkich (Sikhowie m.in. odrzucaja system kastowy) – mozemy wiec nawcinac sie do woli kuchni indyjskiej. Potem spotyka nas jeden facet I opowiada nam o swojej religii, o historii, o znaczeniu roznych rzeczy w swiatyni. Niby mozna to wszystko przeczytac, ale uslyszec to z ust czlowieka, ktory w to wszystko wierzy, to zupelnie co innego.




Morze turbanow. Atmosfera jest raczej festynowa niz gleboko religijna...


Wieczorem wsiadamy do pociagu. Okazuje sie ze jedno z naszych miejsc jest najzupelniej legalnie zajete… Na szczescie sa wolne miejsca. W “przedziale” jest 6 lezanek (na 3 pietrach). Ladujemy sie na te najwyzsze. Ja dziele swoja z naszymi plecakami. W nocy stuka mnie 2 facetow I pokazuja ze maja bilet na moje miejsce i miejsce ponizej. Ja sie nie ruszam, ale wyganiaja 70-letnia babcie spiaca ponizej i laduja sie we dwoch na jej prycze. Babcia lazi, lazi, zartuje sobie z innymi i nagle wchodzi po drabince do zuzy I siada jej w nogach. Mowimy zeby zawolali konduktora, zeby rozwiazal to dziwna sytuacje, ale nikt sie nie kwapi – wszyscy maja gdzie lezec/siedziec wiec jest ok… Kilka godzin pozniej przychodzi konduktor. Patrzy w jakies wydruki i mowi ze tak naprawde nie mamy miejsc, bo ciagle jestesmy tylko na liscie oczekujacych. Bomba :) Wygania Zuze na moja lezanke (na ktorej sa juz dwa wielkie placaki) – to byl jeden z najbardziej hardkorowych noclegow ;)

środa, 7 stycznia 2009

Przygody z wizami

„Pomyśl, czego najbardziej się boisz, a potem... zrób to!”. Nie, to nie jest myśl, która skłoniła nas do wyprawy autostopem do Nepalu - tak się motywowałem do zmierzenia się z biurokracją, gdy zaczął nadchodzić już ostatni moment by zacząć wyrabiać sobie wizy ;) Pierwsze starcie ze wschodnią cywilizacją było nader ciekawe.

Ambasada Indii to nowocześnie wyglądające biuro w bardzo nienowoczesnym biurowcu, co chyba na upartego może stanowić metaforę tego kraju. W środku siedzi młody Hindus, niezwykle szarmancki, uroczy, czarujący, dowcipny, słodki i miły - wobec kobiet. Wobec mnie nie chciało mu się nawet klecić całych zadań: "When?", "Two photos", "Money", a w końcu - "Tickets". Wśród dokumentów koniecznych do uzyskania wizy znajdować się bowiem musi ksero biletu lotniczego do Indii. Ale ja nie mam tickets bo jadę by bus. "By bus?! By bus?!" - wykrzywił się, jakbym mu krzywdę robił. No i szybko znalazł lekarstwo na taką sytuację - biurokrację. Musiałem napisać specjalne podanie do samego pana ambasadora, w którym wielce uprzejmie prosiłem o przyznanie mi jednak tej wizy (założę się, że nawet go nie powąchał...).

Oprócz biurokracji przećwiczyli mnie także w słynnym wschodnim targowaniu się. Wczoraj wróciłem tam z paszportami, zeby nam wbili wizę. Pytam, czy na pewno będę mógł odebrać je z powrotem o 16.30 (to oficjalna godzina startu wydawania wiz) - Nie ma takiej możliwości, za dużo pracy dzisiaj mamy, jutro - Ale ja jutro wyjeżdżam - Nie dziś nie, najwyżej jutro rano. - O 9-tej? - Nie, nie, po 11-tej - Ale ja wtedy nie mogę, przykro mi. A zresztą o 9-tej też nie mogę - Ech, no dobrze to dzisiaj, ale niech pan przyjdzie późno, na sam koniec - Mi bardzo zależy na czasie. O której przyjść? - No o 16.30...

Ambasada Pakistanu mieści się w biurowcu obok, ale jej wnętrze przypomina ubogi acz przytulny domek - dywanik, czajniczek, szafeczka, stare lustro, starszy pan w sweterku a la lata 80-te. Jeśli chodzi o stosunki międzypłciowe, to tu sytuacja była odwrotna, wobec mnie był niezwykle miły, a wobec Zuzy opryskliwy. Ale większym problemem było to, że ulubioną odpowiedzią na większość istotnych pytań (o rodzaje wiz itp) było "Don't worry, no problem"... Drugim problemem było to, że bardzo zwlekali z wydaniem wiz, a musieliśmy zostawić u nich paszporty (w pozostałych ambasadach można bez problemu donieść paszport dopiero w dniu wydania wizy). Za każdym razem, gdy dzwoniłem słyszałem nowy, późniejszy termin. W końcu na 100% miały być we wtorek. Dzwonię we wtorek - "Nie ma jeszcze, będą w piątek". No więc zrobiłem awanturę, że muszę mieć te wizy dziś do 12-tej. Skończyło się na tym, żebym przyszedł przed tą 12-tą, może będą. I co? I były. Mam nauczkę, żeby awanturować się od razu, nawet na zapas...

Ambasada Iranu mieści się w majestatycznej willi, a wszystkie ogłoszenia na tablicy korkowej zaczynają się od złowrogiego wezwania "W imię Boga!". Mimo groźnej, jak na religijną dyktaturę przystało, fasady, z tą ambasadą były najmniejsze problemy.

Niestety, kiedy w końcu odzyskaliśmy paszporty i mogliśmy pójść odebrać irańską wizę, podstępnie, nie uprzedzając nas, nadszedł jeden z najważniejszych dni dla muzułmanów, a szyitów w szczególności - święto Aszura.

Ambasada zamknięta. Start wyprawy opóźniony.


Gdybym był złośliwy, to miałbym nadzieję, że pracownicy ambasady Pakistanu świętują zgodnie z tradycją ;)
Tego dnia opłakuje się męczeńską śmierć Husajna ibn Alego, wnuka Mahometa poległego w bitwie pod Karbalą. W czasie procesji zmierzających do grobu Husajna gromady mężczyzn biczują się i kaleczą do krwi.

Przygody ze szczepieniami

W poniedziałek poszedłem w końcu do Sanepidu zaszczepić się na różne paskudztwa. Konkretnie na dur brzuszny i żółtaczkę typu A (na pozostałe indyjskie hity, tężec i żółtaczkę B, byłem zaszczepiony już kiedyś tam). Zarejestrowałem się, zapłaciłem (170 zł za sztukę), wszedłem do gabinetu, jedna pani uraczyła mnie pogadanką, że skoro nie chcę się zaszczepić na meningokoki, to powinienem unikać zatłoczonych pociągów i wieloosobowych dormitoriów, a druga w tym czasie zaszła mnie od tyłu i rach ciach zaszczepiła.

Po chwili ta druga, po wnikliwym wpatrywaniu się w moją kartę, mówi z przejęciem: Ojejku, przepraszam, ja pana niechcący zaszczepiłam na malarię!

Jako że prezent nie może się zmarnować, czeka mnie teraz obowiązkowa podróż do Afryki :)