Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nepal. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nepal. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 13 kwietnia 2009

Katmandu po raz trzeci

01-03.03.2009

Jedyne 10 godzin po nepalskich wertepach i jestesmy znowu w wielkim miescie.

Poprzednio duzo narzekalismy na Katmandu, ale teraz juz jestesmy przyzwyczajeni. Powoli staje sie to “nasze” miasto – mamy juz ulubiony bar, ulubiona kafejke itd. No a poza tym, jak tu nie lubic miasta, gdzie w knajpach nie uswiadczy sie “przebojow lata”, bo wszedzie graja Doorsow, Deep Purple i Boba Dylana... (A i dziwnym trafem, wiekszosc bialych wyglada, jakby sluchala takiej muzyki od urodzenia;)

Wieczorem czytam maile. U znajomych glownie praca i imprezy. Ale niektorzy np zaszli w ciaze... Ha – to jest dopiero przygoda zycia, a nie jakies tam szlajanie sie po Himalajach...

Za oknem perkusja i gitary, w glowie refleksyjny nastroj – moglo sie to skonczyc tylko w jeden sposob. Zakladamy czyste ciuchy i uderzamy na miasto.



*
Mamy 100 pomyslow na to, co robic dalej. W koncu Zuza proponuje, zeby jechac do Daramsali, bo 10-tego marca bedzie tam obchodzona 50 rocznica tybetanskiego powstania. Jestem dosc sceptyczny wobec swiat panstwowych (nawet tybetanskich), ale skoro Zuzannie zalezy, to czemu nie. Wazne zeby byc znowu w drodze.

Ostatnie dni w Siabru

27-28.02.2009

Buchung tym miedzy innymi rozni sie od 20-latkow z Europy, ze bardzo chetnie bierze udzial w obowiazkach domowych. Wlasciwie to nie traktuje ich jako jakies narzucone obowiazki - robi to co trzeba, bo taka jest po prostu natura rzeczy.

Tak wiec swieta swietami, Losar Losarem, ale jak trzeba przyniesc drewno, to sie je przynosi. Idziemy wiec niezly kawal pod gore (do “Jungle”, jak to mowi chlopak), gdzie znajduje sie zrodlo nadajacego sie na opal drewna. Zuza tez idzie z nami, ale po malej klotni z Buchungiem, ktory kazal zostac w domu, bo w “jungle” jest zbyt niebezpiecznie dla kobiety. Oczywiscie jedynym niebezpieczenstwem okazuja sie badyle, przez ktore trzeba sie przez chwile przedzierac.

Noszenie drewna ciezka robota nie jest, ale pod warunkiem, ze utrzymuje sie caly ciezar na ramionach, a nie na opasce zalozonej na czolo :)

Potem Buchung mowi, ze zdobylem szacunek wioskowych mezczyzn tachajac drewno na nepalska modle... Nie wiem czy to prawda, ale polubilem ta robote ;)


Przodownik pracy maszerujacy pod gorke (trzeba zachowac idealnie stabilna postawe, bo inaczej kosz sie przechyli, a drewno wysypie)


Przodownik pracy maszerujacy z gorki.


I przodownik pracy na fajrancie ;)

*
27 lutego mija waznosc naszej wizy. Czyli dzisiaj powinnismy opuszczac granice kraju. Za kazdy dzien zwloki placi sie kilka dolarow. Ale co z tym zrobimy, bedziemy martwic sie pozniej.

Swita mi w glowie pomysl, zeby zostac w Siabru i “spolecznie” uczyc tu angielskiego (inne pomysly, co by tu mozna pozytecznego zrobic, tez switaja, jednak angielski wydaje sie najwazniejszy). Ale Buchung wybija mi to z glowy. Mowi, ze ludzie tutaj w ogole nie sa zainteresowani nauka, ze on od dawna probuje angielskiego uczyc (na jednej lekcji nawet bylismy razem), lecz najczesciej nikt nie ma czasu – zawsze znajda sie jakies wazniejsze rzeczy do zrobienia w obejsciu...

Ale i tak jestem na tyle zakochany w Nepalu i mieszkancach tutejszych gor, ze potrzeba zrobienia tu czegos dobrego mnie nie opuszcza. Moze kiedys w przyszlosci.

*
I na konec Buchung prawie wszystko psuje. Zaczyna prosic o pieniadze.

W Nepalu bardzo szeroko rozpowszechniona jest idea sponsoringu. Nauka, szczegolnie studia czy szkoly zawodowe, sa bardzo drogie i niewiele rodzin stac na zapewnienie edukacji chocby jednemu dziecku. W zwiazku z tym dosc powszechna praktyka jest, ze za szkole placi ktos z zachodu (czasem osobiscie, a czasem przez jakas fundacje).

Niestety chlopak nie poprzestaje na prostej prosbie, tylko zaczyna snuc dlugie i tragiczne opowiesci, strasznie przy tym krecac, co z czasem wprawia nas w zazenowanie. Raz mowi, ze bardzo chcialby kontynuowac nauke w Katmandu, wiec potrzebuje na to pieniedzy. Innym razem, ze nie moze opuscic Siabru, bo musi sie opiekowac ciotka, a tu nie ma szans na znalezienie pracy, wiec tym bardziej potrzebuje pieniedzy. I tak dalej – nie ma sensu wszystkiego przytaczac.

Oboje z Zuza staramy sie zrozumiec chlopaka – raz ze tu jest naprawde biednie, dwa ze “sponsoring” jest w Nepalu czyms normalnym, trzy ze w tutejszej kulturze takie blagalne prosby nie sa czyms upokarzajacym.

Niemniej jednak pewien niesmak zostaje – zaczynamy sie zastanawiac, na ile przyjazn wszystkich dookola byla szczera, a na ile wykalkulowana na zdobycie zrodla utrzymania...

Szybko jednak dochodze do wniosku, ze byla szczera, a Buchung po prostu mial chwile slabosci :)

Nic mu nie obiecalem, a jak bedzie – zobaczymy (poki co sam musze znalezc prace po powrocie do Warszawy ;) .

*
Nadchodzi ostatni wieczor. Kilka osob przychodzi nas pozegnac i zalozyc Kadaki na droge. Ciotka wrecza nam prezenty, a raczej zawiazuje nam je na szyi – otrzymalismy wisiorki na szczescie. Po chwili znika za drzwiami i wraca z drugim prezentem – swoja torba... Piekna, niepowtarzalana, recznie robiona, niezniszczalna i absolutnie perfekcyjna nepalska torba na ramie (innymi slowy, tysiac razy lepsza, niz ta jaka chcialem kupic sobie w Katmandu). Sie cieszymy, ale ciotce cos nie gra - przeciez nas jest dwoje, a torba jedna. Chwile sie zastanawia i przynosi druga, troszke juz sfatygowana, ale rownie wspaniala. Problem polega na tym, ze wiecej toreb Ciotka chyba nie posiada... Zaczynamy sie wiec bronic, ze nie moze oddac swojej ostatniej torby, bo przeciez uzywa jej na co dzien. “A co, wy nie bedziecie uzywac?” – po swojemy sprawe ucina Buchung.




*
Bedzie mi troche brakowac tego miejsca. Ryzu z zupa z soczewicy na kazdy obiad i kolacje. Codziennego zagrzebywania sie w koce na podlodze i uciszania kury, ktora spi w pudelku obok. Tych wszystkich wesolo-smutnych Tybetanczykow. Siadania u nich w kuchni na podlodze, picia slonej herbaty i nic-nie-mowienia. No i gor na wyciagniecie reki.

Ale nie jest mi smutno. Jestem raczej podekscytowany tym, co czeka nas dalej.

O swicie przywiazujemy kadaki do mostu i ruszamy w droge.


Zuzanny ostatnie spojrzenie na Siabru.

piątek, 10 kwietnia 2009

Losar

Jesli nie chcesz czytac nowych opowiesci od konca:
- przenies sie dopierwszego z nowych wpisow
- przenies sie do pierwszego z dzisiejszej porcji wpisow
(dla mniej zaawansowanych: potem trzeba kliknac "nowszy post" na dole)



25-26.02.2009

Dzis Losar. “Happy day”, na ktory wszyscy od dawna czekali.

Wstajemy skoro swit (czyli jak zawsze w Siabru) i z Buchungiem i Akashem ustawiamy przed domem maszt z nowiutkimi flagami modlitewnymi. Potem jemy na sniadanie wypieki, ktore byly przygotowywane przez ostatnie 2 tygodnie (ciotka ma wielgachny, conajmniej metrowej wysokosci kosz z tymi ciastkami – starczy na jeszcze wiele tygodni). Potem czas na blogoslawienstwo. Buchung, jako pan domu, rozpala kadzidlo, moczy patyczek w nimbu (domowe piwo) i trzymajac go nad kadzidlem odmawia modlitwe. Potem wciera wszystki maslo we wlosy, bierze make i wsypuje nam ja w usta oraz obsypuje ramiona. Potem obsypujemy flagi modlitwne, wykrzykujac na caly glos “Sooooo so!” (podobno nieprzetlumaczalne) oraz "Taszi Delek!" (tybetanskie powitanie). Jest to sygnal dla pozostalych mieszkancow, ze moga rozpoczynac ceremonie – nasz dom jest pierwszy w wiosce, z czego Buchung jest skrycie bardzo dumny.

Zastanawiamy sie, ile w tym wszystkim buddyzmu, a ile poganstwa. W kazdym razie jest to ostatni religijny rytual tego dnia.

*
Teraz nastepuje rytual odwiedzania sie nawzajem, jedzenia sziro i solmy, picia herbaty i rakszi oraz niekonczacych sie smiechow i rozmow.

Zuza w stroju galowym.


Ciotka i Buchung


Dolma z synkiem


Miejscowy dresik ;)


Miejscowa dzieciarnia.


I miejscowa uliczka (glowna i jedyna)

*
I znow radosc przeplata sie ze smutkiem, jak kolorowe sznurki w dlugasnych warkoczach tybetanek ;)

Dla Wujka przezycie pierwszego Losaru bez zony okazalo zadaniem ponad miare. Pije rakszi na potege. Pijanych osob napotykamy tylko kilka, ale prawie wszystkie z nich rozpaczaly z powodu braku kogos z bliskich. Dla jednej z kobiet skonczylo sie to tragicznie. Dostala wylewu i lezy w stanie krytycznym. Nimu Sambo (lama, maz Dolmy) i wiele innych osob spedzaja dlugie godziny na modlitwach przy lozku chorej.

Zuza natomiast rozdarta jest miedzy checia sprobowania jak najwiekszej ilosci losarowych smakolykow (i nie sprawienia przykrosci kucharkom ;), a zadbaniem o spokoj zoladka, ktory juz od tygodnia robi wszystko, by uprzykrzyc jej zycie.

“Sometimes happy, sometimes sad”, jak ciagle powtarza Buchung.

*
W drugi dzien Losaru urzadzamy piknik.

Umawiamy sie, ze tym razem gotujemy my i ze przygotujemy “polski obiad”. Co jest zadaniem dosc trudnym, bo w Nepalu raczej nie uswiadczy sie polskich warzyw czy przypraw. Stawiamy wiec na ryz z sosem pomidorowo-czosnkowo-cebulowym oraz ziemniaki pieczone w ognisku z sola tudziez pasta pomidorowo-czosnkowo-cebulowa...

Ziemniaki okazuja sie dla nas prawdziwym niebem w gebie, podroza w glab dziecinstwa i mistycznym kontaktem z dziedzictwem przodkow ;) Nasi goscie za to z wielkim zdziwieniem patrza, jak my mozemy jesc takie “brudne” ziemniaki... (za to w ogole nie przeszkadza im ani jedzenie brudnymi rekoma, ani jesli cos upadlo na ziemie).

Na koniec Buchung mowi, zebysmy zapytali wszystkich, czy sa zadowoleni z pikniku... Hmm... troche to dziwne tak nachalnie sie dopytywac. No ale pytamy. Wszyscy tylko na to czekali i ze smiechem odpowiedaja, ze bylo fantastycznie. Okazuje sie, ze tak samemu wyrywac sie z komplementami byloby niegrzecznie ;)


Najpierw trzeba zbudowac domek ze slomy, zeby sie mozna bylo w cieniu skryc... Zwroccie uwage na piers Akasha, na ktorej dumnie husta sie olbrzymi krzyz. Akash bowiem jest chrzescijaninem i mozna wolac na niego takze "Timode", czyli Tymoteusz.


Wzorowy podzial obowiazkow: Zuza pichci zupe, Mlody sieka czosnek, a ja zabawiam panie ;) Nawiasem mowiac, nie ma tu scislego podzialu na prace meskie i kobiece - po prostu jak jest cos do zrobienia, to bierze sie za to ten, kto akurat jest blizej albo ma czas.


Buchung, jako gospodarz, gotow byl o kazdej porze dnia i nocy podac nam herbate. Ale dzis to my jestesmy gospodarzami. Chlopak zazyczyl wiec sobie, aby teraz (zaraz!) Zuza podala mu cos do picia :) Na zdjeciu Buchung z wladcza mina czeka, az bedzie mogl ponazekac, ze herbata za malo slodka, ja probuje sie nie smiac z calej sytuacji, Akash skumac o co chodzi, a poza kadrem, cicho przeklinajac, Zuza potulnie bierze sie za robote ;)

*
Wieczorem siedzimy w mojej ulubionej kuchni, czyli u Dolmy. Dolma postanowila zrobic nam przyjemnosc i zaserwowala swoja wlasna wersje ziemniakow w mundurkach i pasty pomidorowej. Coz, jest lepsza :)

Uczymy ich grac w anse-kabanse-flore (pamietacie to z przedszkola?) – niesamowite, jaka dorosli ludzie moga miec frajde z takiej zabawy (najbardziej uchachana jest Ciotka).

Potem dowiaduje sie, ze moje imie jest dla nich za trudne i miedzy soba nazywaja mnie “Kisior”. Pytam co to znaczy. Niemilosiernie placza sie w zeznaniach (byc moze trudno sie tlumaczy pokladajac sie ze smiechu...), w koncu wychodzi na to, ze to chyba wedrowny swiety dziad-zebrak – sie im najwyrazniej przez moja brode skojarzylo :)



*
Wracamy do domu juz w nocy. Jest wiec zupelnie ciemno – swieci tylko ksiezyc i nasze latarki. Nagle widzimy na dachu, od strony okna, jakis ruch. Po chwili zeskakuje stamtad czlowiek, rozwala przy tym ogrodzenie od ogrodka i staje kolo nas.

Ewidentnie wyglada na zlodzieja, ale Buchung mowi, zeby sie nie przejmowac i isc do domu, w ogole jakby go to nie ruszylo. Nie potrafimy tego zrozumiec – wg nas trzeba cos zrobic, najlepiej przegonic go do diabla. A co robi Buchung? Zaprasza go do domu i sadza na lozku. Zupelnie nie rozumiemy o co chodzi. Moze to w ogole nie byl zlodziej?

Buchung zadaje mu kilka pytan, a potem siedzimy w ciszy... Przez pol godziny. Twarz naszego chlopaka nie wyraza zadnych uczuc, ale dlonie trzesa mu sie ze zdenerwowania. Bieze ksiazke, zeby zajac czyms rece, ale po chwili upada mu na podloge. W koncu mowi gosciowi, zeby wyszedl. Gdy zamykaja sie drzwi, pada na lozko ciezko dyszac i uspokaja sie jeszcze dlugie minuty...

A co sie stalo?

Buchung wykombinowal sobie tak: zaprosi zlodzieja do domu, zeby sie z nim zaznajomic, bo znajomych sie nie napada... Poza tym, teraz zna jego imie, widzial jego twarz, wiec w razie czego bedzie wiedzial kogo szukac.

A potem pokazuje nam blizny, ktore zostaly mu po spotkaniu ze zlodziejem rok wczesniej...

Autobus do Siabru

24.02.2009

Poprzedniego dnia nie bylo autobusu, wiec dzisiejszy jest wypchany po brzegi. Na szczescie udaje mi sie wspiac na dach dosyc szybko i zajac w miare dobre miejsca – mozemy siedziec na swoich plecakach. Jedziemy.


Jedno z tych zdjec, ktore nawet w 1% nie oddaja tego, jak piekna jest ta trasa.

Jak wyglada taka jazda?

Na poczatku naliczylismy na dachu 21 osob i wydalo nam sie to szczytem mozliwosci zaladunkowych pojazdu. Pod koniec jednak jechalo juz ponad 30 osob, razem z bagazami oczywiscie. Oznacza to nie tylko, ze jest ciasno, ale takze ze co chwila ktos cie lapie za noge, kolano, ramie itd, zeby nie wypasc na zakretach. Udaje mi sie wywalczyc dosc stabilna pozycje (z nogami za barierka i tylkiem zaklinowanym miedzy plecakiem a wielkim kartonem z telewizorem), wiec spedzam wiekszosc z tych 10 godzin, scisniety jak pomidor, jako podporka dla innych - z Zuza uczepiona prawego ramienia, pewna Belgijka uczepiona lewej nogi i pewnym Nepalczykiem uczepionym najrozniejszych czesci ciala, w zaleznosci od aktualnej konfiguracji pasazerow.

Zuza zastanawia sie, czy rozne meskie dlonie na jej kolanie, to na pewno tylko potrzeba bezpiecznej stabilizacji, ale dochodzimy do wniosku, ze tak :)

Kilka razy, gdy mijamy posterunek policji/wojska, kaza nam schodzic z dachu (wychodzi na to, ze taka jazda jest niezgodna z przepisami). Potem trzeba sie strasznie spieszyc z powrotem, zeby nikt nie wpakowal sie na nasze miejsca. Po pierwszym takim pospiesznym powrocie siadam z rozpedu na naszej torbie z bananami... Za drugim razem wiec sie wycwaniamy i zostajemy na gorze, lezac plackiem, przykryci skrzetnie roznymi kurtkami, torbami i plecakami.

Co jakis czas przychodzi na gore facet od zbierania pieniedzy za bilety. Wchodzi tylko w czasie jazdy. Wychyla sie przez drzwi kolo kierowcy, wspina na drabinke i obchodzi autobus dookola, nogi stawiajac na waskim parapecie (ktory znajduje sie nad oknami), jedna reka lapiac sie pasazerow (za co mu akurat wygodniej), a w drugiej trzymajac pieniadze. Nie ma trzeciej reki, zeby te pieniadze odbierac, ale jakos mu sie ta sztuka udaje. No a w tym samym czasie, zaraz za jego plecami, kilkaset metrow przepasci...

Z archiwum Zuzanny:




*
Poznym popoludniem pukamy do domu. “Namaste!” – krzycze. “Namaste...” odpowiada automatycznie oniemialy Buchung. Chyba rzeczywiscie nam nie wierzyli, ze wrocimy.

*
A wieczorem, wraz z Losarem, nadchodzi ulewa – noworoczny prezent od Niebios dla bogobojnych mieszkancow doliny Langtang.

poniedziałek, 6 kwietnia 2009

Powrot do Katmandu

21-23.02.2009

Jazda autobusem do Katmandu oznacza przejechanie ok 140 km w ok 10 godzin... W srodku tak trzesie, ze postanawiam, ze to moja ostatnia podroz wewnatrz, nastepnym razem jade na dachu.

Powrot do stolicy okazuje sie jak uderzenie mlotkiem miedzy oczy. Tlok, zgielk, zagadujacy sprzedawcy na ulicach oraz niespotykana przez nas nigdzie dotad liczba bialych turystow (powoli zaczyna sie sezon) sa dla nas prawdziwym szokiem. Choc przeciez nic (poza bialymi turystami) sie przeciez od poprzedniego razu nie zmienilo. Po prostu wtedy porownywalismy miasto z Pakistanem i Indiami, a teraz z Dolina Langtang i Siabru.

*

Moze to dobru moment, by opisac ruch uliczny w Nepalu (podobnie jest zreszta w Indiach, Pakistanie i Iranie). Otoz jedynym przepisem, ktorego w miare powszechnie sie przestrzega jest ruch lewostronny (ale jesli ktos jedzie prawym pasem, po prostu wymija sie go z drugiej strony – nikt nie robi z tego powodu problemu). Przejscie na druga strone ulicy to sport juz kompletnie bez zadnych regul, liczy sie spryt i refleks - samochody nie zatrzymuja sie na widok pieszych, nawet na pasach. Gdy tak manewruje sie wsrod pedzacych aut, sytuacja wydaje sie na poczatku tak nierealna, ze ma sie wrazenie uczestnictwa w grze komputerowej (i posiadanie 3 zyc;).

Teraz jednak jestesmy juz przyzyczajeni i meczy nas jedynie nieustanny halas ulicy.

Halas jest generowany glownie przez klaksony (oraz dzwonki, trabki, wielgachne syreny wygrywajace proste melodie albo skromne “prykawki” zrobione z opakowan po szamponie). Bowiem w sytuacji, gdy nie ma regul, trzeba je negocjowac na bierzaco, za pomoca klaksonu wlasnie. Gdy to zrozumialem, przestalo mnie irytowac, ze ciagle ktos na mnie trabi (tutaj prawie nie ma chodnikow – wszyscy chodza po ulicy), traktuje to po prostu jako uprzejme poinformowanie, ze ktos ma mnie zamiar minac.

Samochody, szczegolnie ciezarowe, napisane maja na karoserii “Blow Horn”, co mozna przetlumaczyc jako “Trab ile wlezie” – wygodniej jest, jesli informuje sie o swojej obecnosci na drodze dzwiekiem, niz zeby kazdy musial ciagle patrzyc na boki i w lusterka i kontrolowac sytuacje ;)

*

Ktos mnie pyta w mailu, czy kobiety nepalskie to ladne sa... Otoz w nepalu jest tak ajk wszedzie – sa ladne i brzydkie ;) Ale gdybym musial generalizowac, to bym powiedzial tak:

W takim Iranie kobiety kusza swoimi wielkimi, czarnymi oczami, w pierwszym momencie wydaja sie niezwykle piekne, ale jesli przyjrzec sie blizej, to czesto okazuja sie kanciaste, pulchne, rozlazle i bez wyrazu. Natomiast Nepalki na pierwszy rzut oka wydaja sie bardzo niepozorne, skromne i nieciekawe, lecz jesli przyjrzec sie blizej, dostrzega sie, ze maja bardzo delikatne, subtelne rysy i, szczegolnie gdy sie usmiechna, okazuja sie po prostu sliczne.

Wole typ nepalski ;)

*

Mam straszne parcie na czekolade. Kupuje snickersa (normalna czekolada jest tu 2-3 razy drozsza niz w Polsce). Niestety okazuje sie taki, jak wszystkie “zachodnie", czy po prostu pakowane, produkty spozywcze w Nepalu – jest nedzna podrobka tego co znamy z Europy. Snickers nie smakuje jak snickers, kit-kat nie smakuje jak kit-kat, fanta smakuje jakby byla rozwodniona, a dzemy to rzadka galaretka z przerazliwa iloscia substancji slodzacych.

*

Dowiaduje sie, ze sprawy, ktore kazaly mi wracac w kwietniu moga poczekac kilka miesiecy dluzej. Niespiesznie zaczynam sie zastanawiac, co to moze zmienic w moim zyciu ;)

*

23 lutego Hinduisci obchodza Shivaratri. Czytam w internecie hinduska przypowiesc: "Guru pyta wiesniaka: Jak spedziles Shivaratri? - Gralem caly dzien i cala noc w karty - To bardzo dobrze i bardzo poboznie spedziles Shivaratri dobry czlowieku, albowiem tego dnia trzeba sie radowac i zapomniec o codziennych klopotach".

W praktyce Shivaratri oznacza masowe odwiedziny swiatyn i masowe palenie haszyszu.

Idziemy nad rzeke, gdzie na dosc duzym obszarze znajduje sie glowny kompleks swiatynny. Zuza idzie kolo poludnia z poznanymi tu Niemcami, a ja mam do nich dolaczyc pozniej, ale oczywiscie nie udaje nam sie spotkac. Moje swietowanie konczy sie po jakiejs godzinie. Mam tak dosc dzikiego tlumu, ze wracam do hotelu.

Przyklad dzialania najaranego motlochu:

W ogrodzeniu sa dwie furtki. Normalnie ludzie jedna by wchodzili, a druga wychodzili. Ale nie. W Shivaratri wszyscy wchodza i wychodza obydwoma. Jednoczesnie. Jedna fala ludzka zderza sie z druga i trwa normalna bojka – na piesci, lokcie, kopniaki. Co jakis czas interweniuja policjanci. Jak? Nie, nie staraja sie uspokoic tlumu i skierowac jednych do jednej furtki, a drugich do drugiej. Po prostu chwytaja mocniej za swoje bambusowe kije i raz brutalnie przepychaja wchodzacych, a raz wychodzacych.

*

W ogole sluzby mundurowe w Nepalu (Indiach takze) to ciekawy przypadek. Rodzajow sluzb jest od groma, a kazda ma piekny, ozdobny mundur (to odwrotnie niz w Pakistanie, gdzie najczesciej widziana przez nas oznaka policyjna byl pas z wielka klamra – dlatego nigdy nie bylo wiadomo, co to za gosc z karabinem na przeciwko ciebie...;). Zabawnie to kontrastuje z ich wyposazeniem, bowiem najczesciej go po prostu nie ma, ewentualnie maja kij bambusowy. Czasem dzierza bron dluga (krotkiej nie widzialem) – zdazaja sie kalasznikowy, albo jakies dziwne wynalazki z wielkim obrotowym magazynkiem, czesciej jednak sa to jednostrzalowe karabiny rodem z pierwszej polowy XX wieku albo zwykle strzelby mysliwskie...

*

Tego samego dnia Wojtek ma samolot powrotny. Nasluchawszy sie opowiesci o naspawanych taksowkarzach, ktorzy nie widza, gdzie jada (tzn normalnie widza, ale dzis jest Shivaratri!), jedzie na lotnisko az 5 godzin przed odlotem. Oczywiscie dojezdza normalnie. Ale potem dostajemy smsa: “Dobrze ze pojechalem wczesniej. Samolot nie byl o 17., tylko o 13...”.

A my nastepnego dnia tez wracamy. Do Siabru.

Nadal w Tybetanskiej rodzinie, juz wszyscy razem

18-20.02.2009

Wieczorem idziemy znow na skaly, przywitac Zuze i Wojtka. Nikt jednak nie nadchodzi. W koncu, gdy juz wstajemy i chcemy wracac, po drugiej stronie doliny zaczynaja majaczyc znajome sylwetki.

Buchung rzuca sie pedem do przodu, ale w druga strone niz jest most... A co tam, biegne za nim. Przedzieramy sie przez trawy, krzaki i nagle dopadamy do miejsca, gdzie rzeka zawalona jest wielkimi glazami. Buchung w pelnym pedzie wskakuje na nie i chce sie w ten sposob przedostac na druga strone. No a ja za nim... Normalnie, gdybym zobaczyl, ze nastepna skala jest poltora metra nizej, dzieli mnie od niej metr przepasci, a 3 metry nizej szumi rzeka, to bym zawrocil, ale w tym pedzie nie bardzo mam kiedy i po prostu skacze. I tak kilka razy. Dobrze, ze Buchung jest kumaty i raz w odpowiednim czasie sie odwrocil i zlapal mnie za reke :)

W kazdym razie fajnie bylo sie znowu spotkac i to cale 5 minut wczesniej, niz gdybysmy przeszli powoli przez most.

Ciotka przyjmuje ich w domu, jak dawno nie widziana rodzine – mowi “No, to teraz wszystkie dzieci w komplecie” (przynajmniej wg Buchunga). A oto Ciotka w pelnej krasie:


Kobiety w Nepalu czesza sie publicznie, najczesciej na ulicy przed domem. Publicznie sie tez myja, szczegolnie wlosy. Natomiast mezczyzni, jesli chca sie umyc (raczej nie zdarza sie to czesto), szukaja jakiegos miejsca odosobnienia. No chyba ze chodzi o mycie zebow - na mycie zebow wychodzi sie na zewnatrz niezaleznie od plci (nie tylko w Siabru, w Katmandu takze jest to czesty widok).

*

Wieczorem idziemy do domu Wujka, do ktorego przeniosla sie fabryka ciastek. Dowiadujemy sie, ze od smierci zony Wujek cierpi na straszne bole zoladka i w ogole nie moze jesc. I prosi nas o lekarstwa (bo wiadomo – europejczycy maja lekarstwo na wszystko...). Na 100% jestesmy przekonani, ze to reakcja psychosomatyczna (zona umarla na raka ktoregos z narzadow w okolicy brzucha) z jednej strony, a z drugiej – efekt ostrego naduzywania rakszi...

Dajemy mu wiec wegiel i mieszanke soli mineralnych na odwodnienie, mowiac ze to na pewno pomoze, jesli tylko nie bedzie pil rakszi... Zuza naprawde niezle sie wczuwa w role pielegniarki ;)

Wujek drugi od lewej

*

W nocy okazuje sie, ze jednak nie mam zelaznego zoladka. Oddaje naturze cale wczorajsze pozywienie wszystkimi mozliwymi drogami. W dodatku zabraklo papieru toaletowego i musze przerzucic sie na system azjatycki, tzn korzystac z kubelka z lodowata woda stojacego w kazdej toalecie.

Wlasciwie to biorac pod uwage, ze przez cala droge jadlem praktycznie wszystko, wliczajac w to zarcie z przydroznych straganow (tylko wode pijemy zawsze butelkowana, albo odkazona chlorem), a rece mylem z rzadka, bo i rzadko byla mozliwosc, to i tak niezle, ze dopadlo mnie dopiero teraz (pewnie po kilkunastu kubkach wczorajszej rakszi pomieszanej z herbata z mlekiem...).

Wieczorem probuje powiedziec po tybetansku “dobry wieczor”. Podobno wyszlo mi “I am toilet-man”. No to nie dziwie sie im, ze prawie popekali ze smiechu... :)

Na tym zdjeciu najwazniejszy jest podziw na twarzy Wojtka. Gdy pil to samo lekarstwo kilka dni wczesniej, w polowie prawie zwymiotowal.

*

Nastepny dzien spedzamy na probach dowiedzenia sie, co sie dzieje z autobusem do Kathmandu . Przypadek autobusu jest typowy dla Nepalu. Nikt nic nie wie, ale kazdy udaje ze wie. Dzis i jutro slyszymy m.in, ze autobusu nie ma bo sa strajki, bo zepsul sie na wybojach i musza go naprawic, bo zepsul sie na przejechanym czlowieku i musza go naprawic, bo jakis zupelnie inny autobus przejechal czlowieka i policja zakazala jazdy wszystkim nepalskim autobusom, dopoki nie sprawdzxa stanu technicznego wszystkich nepalskich autobusow, ze bedzie dzisiaj tylko pozniej, ze bedzie jutro rano, ze nie nie bedzie go przez kilka dni...

Takze mozna tylko czekac, co oczywiscie robimy. Np na sianie:


*

Im dluzej czekamy, tym czesciej... rozmawiamy o polskim jedzeniu. Mozemy robic to bez konca. Kazde z nas potrafi sie dlugie minuty, a czasem kwadranse zamyslic nad schabowym/sernikiem/kanapkami z serem itp itd... :) Ale jak przez ponad tydzien jadlo sie codziennie kaszke z miodem i zupy w proszku, a potem prawie tylko ryz w roznych postaciach, to nie ma sie czemu dziwic.

Razu pewnego kupujemy kurczaka. Buchung sieka go maczetopodobnym nozem na drobna kostke. W calosci. Nie ma mowy o oddzielaniu piersi, udek itd. No i potem jemy... Czastki kurczaka skladaja sie w 80% z chrzastek, kosci, skory i tluszczu. Poprzestaje na wydlubaniu miesa, no i niegrzecznie zostawiam kupke niedojedzonych chrzastek na talerzu. Co na to Buchung? Pyta czy juz skonczylem. Gdy upewnil sie, ze tak, po prostu lapie te resztki i zaczyna po kolei chrupac. Chrupie, chrupie, az w koncu nic nie zostaje na talerzu...

*

Dobra wiadomosc z nastepnego poranka: jednak mam zelazny zoladek i juz jestem zdrowy.
Jest tez zla wiadomosc: na to samo zachorowala Zuza (jeszcze gorsza wiadomosc jest taka, ze nie przejdzie jej to przez wiele, wiele, wiele dni...)

I dobra wiadomosc: pojawil sie autobus

I zla wiadomosc: gdy juz sie wygodnie zapakowalismy, okazuje sie, ze nie pojedzie – tym razem podobno deszcz uszkodzil drogi i w calym okregu ruch jest zakazany. Ale jutro ma pojechac na 100%.

I szale zwyciestwa na strone dobra przechyla Wujek. Okazuje sie, ze efekt placebo to nie mit! Wujek lyka wegle, nie pije rakszi, je za dwoch i ma sie dobrze :)

*

Wieczorem idziemy sie pozegnac. Najpierw do Wujka. Okazuje sie, ze nie bedzie to jednak zwykle pozegnanie. Bedzie to pozegnanie rytualne.

Wujek wygrzebuje sie spod koca, bo juz spal, potem spala wokol nas kadzidlo, rozsypuje cos wokol oltarzyka, kazdego po kolei blogoslawi, wcierajac maslo jaka we wlosy, a nastepnie zawiesza kazdemu na szyj Kadak – szarfe, ktora ma dla Tybetanczykow bardzo glebokie znaczenie.

Nie musze dodawac, ze jestesmy wzruszeni. Zwlaszcza, ze wyraznie czuc, ze nie jest to tylko mechaniczne odbebnianie jakiego s starodawnego zwyczaju, tylko cos w co mieszkancy Siabru nadal zywo wierza, cos co nadal ma swoja wage i znaczenie.


*

A potem trafiamy na... parapetowe. Ludzie siedza na ziemi, pija rakszi, spiewaja swoje nepalsko-tybetanskie piesni, rozmawiaja, po pewnym czasie nawet jak mowia do siebie “Podaj mi kubek”, “Nie siegne, bo jest za daleko” , to nie mowia, tylko spiewaja. A wyglada to tak:




*

Rano Ciotka wrecza nam Kadaki, ktore przypinamy do plecakow, ladujemy sie do autobusu i tak konczy sie nasz pobyt w Siabru.

Razem z Zuza obiecujemy, ze wrocimy na Losar, ale chyba nikt nam nie wierzy, ze mowimy na serio...

sobota, 4 kwietnia 2009

W tybetanskiej rodzinie

Jesli nie chcesz czytac nowych wpisow od konca – kliknij tutaj (dla mniej zaawansowanych: potem trzeba kliknac "nowszy post" na dole)

16.02.2009-18.02.2009

Siedze sobie na murku i obserwuje. Siabru, chociaz jest zwykla wioska, wydaje mi sie po powrocie z gor gwarna metropolia. Az nie chce mi sie myslec, co bedzie w Kathmandu.

Siedze i czekam.

Po jakims czasie nadchodzi Buchung – chlopak, ktorego poznalismy 2 tygodnie temu. Pierwsze co robi, to pyta, gdzie Zuza. Potem dodaje, ze przez czas, gdy nas (Zuzy) nie bylo, byl bardzo smutny i ciagle tesknil. Mowie mu, ze niedlugo powinni przyjsc, bo umowilismy sie dzisiaj wieczorem w Siabru. Slyszac to, Buchung znika w domu i po ok pol godziny wychodzi w koszuli, bajeranckiej dzinsowej kurtce, z nazelowanymi wlosami.

Siedzimy i czekamy.

Siedzimy i czekamy.

W koncu Buchung mowi: “Chodz do domu mojej ciotki”. No to idziemy. Dom sklada sie z duzej kuchni, gdzie spi Buchung i pokoju, gdzie spi ciotka. Chlopak zostawia mnie i idzie zalatwic jakies swoje sprawy.

Dom w srodku wyglada tak (potem okazało się, że jest na najnowocześniejszy dom w wiosce):






A to dumna gospodyni tego domu ;)

*

Gdy Buchung wraca, idziemy na punkt widokowy, wypatrywac Zuzy i Wojtka. Myslalem ze wyjdziemy zaraz za wioske, ale nie... chlopak zasuwa pod gore, zasuwa, az zatrzymujemy sie dopiero wysoko na skale, z widokiem na sciezki po obu stronach doliny. Nie musze dodawac, jak trudno nadazyc za stesknionym tybetanczykiem... Czekamy do zapadniecia nocnych ciemnosci, ale nikt nie nadchodzi.

*

A potem... idziemy na lekcje angielskiego. Buchung wystepuje w roli nauczyciela. Dzisiaj uczy dwie mlode kobiety alfabetu. Po jakims czasie ja rowniez zostaje nauczycielem – udaje mi sie wprowadzic do alfabetu litere K, ktora gdzies umknela chlopakowi oraz nauczyc dziewczyny wymowy F (strasznie slinogenna litera dla miejscowych) oraz roznicy miedzy I i Y. Normalnie czuje sie jak Silaczka Zeromskiego ;)


*

Nastepnego dnia Buchung ze swoim przyjacielem ida w gore doliny zaczekac na Zuze i Wojtka. Jesli ich nie spotkaja, nastepnego dnia ja wyrusze i jak trzeba bedzie to wroce z powrotem do Kangyen Gompa.

*

Tymczasem zostaje sam i ide na rekonesans wioski. Ciekawostka: mieszka tu najwyzej z 500 osob, a sa bardzo wyraznie wyodrebnione dzielnice. Najwyzej znajduje sie tzw Bazar – najbardziej gwarna czesc z hotelami, sklepikami itp. Ponizej jest dzielnica urzednicza ze szpitalem, domem kultury, posterunkiem strazy parku narodowego oraz dzielnica “robotnicza” – z malymi ubogimi chatkami oraz mezczyznami, ktorzy tylko siedza i pala albo gadaja (na Bazarze wszyscy krzataja sie przy jakiejsc swojej robocie). Tutaj znajduje sie takze “punkt zaladunku” tragarzy . No i po drugiej stronie rzeki jest nasza dzielnica “tybetanska”. Gdy tu wrocilem po spacerze, poczulem sie jak w domu – po tamtej stronie rzeki ludzie albo Cie w ogole nie widza, albo cos od ciebie chca, natomiast tutaj kazdy przyjaznie usmiecha sie na przywitanie. Niby nic, a czlowiek sie zupelnie inaczej czuje.

Wlasciwie to okreslenie “tybetanska” jest bardzo nieprecyzyjne. Rzeczywiscie wiekszosc mieszkancow to potomkowie uchodzcow z Tybetu, ale kultura i jezyk sa tak wymieszane z miejscowymi, ze wlasciwie stanowia juz nowa jakosc. Np miedzy soba prowadza rozmowy uzywajac w jednym zdaniu slow tybetanskich, nepalskich i tamanskich (Tamangowie to plemie, ktore pierwotnie zamieszkiwalo te tereny).

*

Po poludniu ide na skale czekac na chlopakow oraz Zuze i Wojtka. Po ok 2h pojawiaja sie tylko chlopaki. Wracamy do domu lekko markotni. Mam nadzieje, ze po prostu postanowili uderzyc jeszczze raz ma Ganja La i nic sie nie stalo powaznego.

A w domu... Ciotka wrecza mi pozaginana kartke papieru sklejona plastrami. Okazuje sie, ze tragarz przyniosl list od Zuzy – pisze, ze Wojtek chorowal dluzej niz ktokolwiek sie spodziewal, ale ze jutro juz beda w Siabru.

*

Potem idziemy do domu Dolmy. Pierwszy raz zaglebiam sie we wnetrze prawdziwego wielopokoleniowego nepalskiego domu z podworzem itd. Siadamy na klepisku w malej komorce, w ktorej urzadzona jest kuchnia - tzn stoi maly gliniany piec a na scianach sa polki z talerzami, sloikami itp.

Trudno opisac, czemu czuje sie wsrod tych ludzi tak dobrze (na razie mam na mysli dom Ciotki i Dolmy). Moze troche przez kontrast – dotychczas mialem do czynienia z miejscowymi glownie albo na zasadzie klient-uslugodawca, albo jako ciekawostka z Europy i bezplatna pomoc do nauki jezyka (czego doswiadcze znowu nastepnego dnia spacerujac po Siabru). A tu jestem traktowany oczywiscie jak gosc, wszyscy wydaja sie bardzo cieszyc z mojej obecnosci, ale przy okazji traktuja mnie bardzo naturalnie, troche jak czlonka rodziny. Poza tym sa po prostu fantastycznymi ludzmi - spokojnymi i pelnymi szacunku do siebie nawzajem, a przy tym niezwykle radosnymi (taka generalna refleksja - nepalczycy to sa najczesciej smiejacy sie ludzie, jakich spotkalem i nie jest to tylko moja opinia).

Po jakims czasie do wszystkich zgromadzonych w kuchni dolacza maz Dolmy - miejscowy lama. Oczywiscie w ramach nawiazania przyjazni wypijamy rakszi. Pierwszy raz mnie po niej nie wykreca - Dolma zna sie na swojej robocie :)


Dolma, jej maz i Buchung

*

A rakszi robi sie tak: podsmaza sie na patelni maslo jaka, z mina szamanki wrzuca sie tam garsc suszonych ziol, a potem zalewa samogonem. Herbate natomiast robi sie tak: wrzuca sie do tuby maslo z jaka (juz wiem do czego sluzy ta tuba) i ubija tluczkiem. Potem dosypuje sie soli, dolewa herbate z mlekiem i znowu ubija. Dolewa herbate i ubija. Az napoj zrobi sie jednolity. Slona herbata to dosc dziwne doswiadczenie, ale trzeba jej przyznac, ze jest nieswykle sycaca. Herbate z mlekiem robi sie tak: wsypuje sie do garnka herbate, cukier, dolewa sie wody i mleka i gotuje wszystko razem. Wychodzi 100 razy lepsze niz polska “bawarka”.

*

W drodze powrotnej Buchung za polowe pieniedzy, ktore dala mu ciotka, kupuje 2 papierosy. Palimy na murku, rozmawiajac o malzenstwach, milosci itp. Rozmowa nie jest specjalnie gleboka (chlopak ma tylko 20 lat, a jak sie pozniej przekonam czasem zachowuje sie jakby mial 15), ale i tak biorac pod uwage roznice kulturowe, olbrzymia bariere jezykowa i fakt ze znamy sie od wczoraj jest to rozmowa niezwykla.
Tak wiec palimy, gadamy, potem wchodzimy do kuchni, rzucamy bluzy na krzeslo, odpinamy paski, zdejmujemy spodnie, ladujemy sie pod koce i po 30 sek zasypiamy. Uwielbiam takie proste zycie :)

*

Nastepny dzien mija na przygotowaniu ciastek na Losar, czyli tybetanski nowy rok. Cala rodzina zbiera sie w jednym z domow i od rana do wieczora oddaje sie wyrabianiu i wypiekaniu. A ja caly dzien wyrabiam i wypiekam razem z nimi i juz zupelnie nie czuje sie jak turysta, tylko czlonek rodziny (oczywiscie bez przesady, ale naprawde coraz bardziej tak sie czuje ;).

Kilkunastu mezczyzn i chlopcow (oraz 2 nastolatki) siada na podlodze, najpierw wyrabia ciasto w wielkich misach, potem bierze na kolana deski i na tych deskach roluje dlugie, cienkie walki i formuje z nich finezyjnie pozawijane “sziro” lub “solma”. Musza byc zawiniete wg konretnego wzoru bez zadnych odstepstw (ciagle mnie poprawiaja), chociaz potem i tak nie ma to zadnego znaczenia, bo do jedzenia od razu lamie sie ja na wiele malych kawalkow.



W tym czasie kobiety podaja herbate, rakszi (polewaja tylko 2 najstarszym facetom i mnie – czy ja mam alkoholizm wypisany na twarzy, czy co?), obiad, potem drugi obiad, potem znowu herbate, znowu rakszi i tak w kolko.

A wokol lata niezliczona ilosc dzieciakow i ciagle chca, zeby robic im zdjecia.




Najbardziej kiczowato-pozowane zdjecie swiata ;) Dobrze, ze mieli pod reka tylko mloda koze. Wole nie myslec, co bym musial dzwigac, gdyby akurat im sie jaki ocielily (ojaczyly?) :)

*

Panuje niezwykle wesola atmosfera. Tybetanczycy jak to Tybetanczycy (przynajmniej nepalscy) ciagle zartuja, przekomarzaja sie, spiewaja, obrzucaja sie kawalkami ciasta – jednym slowem naprawde ciesza sie tym nadchodzacym swietem.

Ale jak to u Tybetanczykow (przynajmniej nepalskich), radosc przeplata sie ze smutkiem. I to bez zadnych znakow ostrzegawczych. Co chwila jedno plynnie przechodzi w drugie, albo raczej istnieja rownolegle.

Dolma glosno sie smieje. Po chwili smiech przeradza sie w kaszel. Gwaltowny, ciezki, parszywy kaszel. Buchung mowi, ze ma astme i zadko kiedy stac ja na lekarstwa. Dolma z grymasem bolu wychodzi na zewnatrz i dopiero tam kaszel sie uspokaja. Wraca smiejac sie i komentujac zart, ktory ja wczesniej rozsmieszyl.

Jakis czas potem rozmawiamy z Wujkiem (podobno jest nastarsza osoba w wiosce, a ma dopiero 58 lat). Wujek jest przeslodka osoba, prawie nie mowi po angielsku, ale i tak ma wzystko wypisane na twarzy. Opowiada wesolo (Buchung tlumaczy) o wypasaniu krow i o swojej corce, ktora mieszka w Niemczech. Nagle Wujkowi zaczynaja sie zbierac lzy w oczach i normalnie zaczyna plakac... Buchung tlumaczy mi, ze przypomniala mu sie zona, ktora umarla kilka miesiecy wczesniej. Bedzie to pierwszy Losar bez niej. Wujek mowi, ze teraz sam tez chcialby umrzec. Pokazuje mi oltarzyk z jej zdjeciami. Robie zdjecia tym zdjeciom, co poczytuja jako oddanie szacunku zmarlej...

Pozniej rozmawiam ze starszym bratem Buchunga. Wypytuje mnie o Polske, zartuje czy go nie zabiore ze soba do Warszawy. Rozmawiamy tak sobie beztrosko (jest jedna z 2 osob po tybetanskiej stronie rzeki, ktore opanowaly komunikatywny angielski) i sam nie wiem kiedy rozmowa przechodzi w przygnebiajaca opowiesc o totalnym braku perspektyw na robote w Siabru i okolicach, o tym jak pracowal kiedys w makabrycznych warunkach na jakichs malezyjskich kutrach... Potem po prostu rozesmial sie, rzucil zart i wrocil do krecenia ciasta.

Powrot z Kangyen Gompa

14.02.2009 – 16.02.2009

W nocy Wojtka atakuje jakas parszywa zaraza zoladkowa. Niestety przekresla to kolejna wyprawe na Ganja La. Wojtek wyciaga wiec niespodzianke, ktora miala czekac z otwarciem na zdobycie przeleczy – wielka bomboniere z czekoladkami Lindta – chlopak caly czas nosil to ze soba. Zatem Wojciech zostaje i sie leczy, Zu wyrusza do Langshisha Kharka (tam gdzie ja bylem wczoraj), a ja nie mam na gorze juz nic do roboty, wiec schodze na dol. Umawiamy sie za dwa dni wieczorem w jednej z przydroznych chatek lub za trzy dni wieczorem juz na dole, w Siabru Bensi w OK Hotelu.

*

Przed wyjsciem oddaje gospodarzowi moje supercieple, oddychajace, filtrujace i w ogole inteligentne skarpety. W zamian otrzymuje pierozki momo na sniadanie :) Przy okazji przypomina mi sie jak przed wyjazdem zainteresowalem sie, jakiz to sprzet turystyczny powinienem teoretycznie posiadac przed wyprawa w gory. Naczytalem sie w internecie o softshellach, hardshelach i innych kosmicznych membranach, o ludziach ktorzy zabieraja inny zestaw odziezy na marsz, a inny na odpoczynek - no i zaczalem sie zastanawiac jak to jest, ze kiedys facet zakladal barani kozuch i po prostu szedl w te gory i jakos dawal rade. Wiec koncu z kosmicznych ciuchow kupilem tylko te skarpetki.

I okazuje sie, ze w zupelnosci wystarcza zwykly polar, w ktorym na codzien latam po Warszawie, jedna cienka przeciwwiatrowo-deszczowa kurtka (ktora kolo goretexu nawet nie lezala), zwykle skorzane buty za 250zl, jedna para dzinsow (w Kathmandu zmieklem i dokupilem jeszcze spodnie antysniegowe, ale ani razu ich nie uzylem ;), nawet nie byly konieczne zadne puchowe spiwory - wystarczyl zwykly z optimum 0-10 stopni oraz dokupiony w Kathmandu cieniutki worek na cialo, w ktorym sie do spiwora wchodzi (a potem mozna w nim sypiac w upalne indyjskie noce – przypis z pozniej).

Z gadzetow polecam tylko termoaktywna, “oddychajaca” bielizne. Jest nieoceniona na nocne przymrozki, a w dzien zastepuje dowolna ilosc t-shirtow (bo blyskawicznie wysycha po przepoceniu/upraniu). Dziekuje dobrym ludziom, ktorzy mi sprezentowali takowa przed wyjazdem ;)

*

3 obrazki z drogi.

Obrazek 1. Schodze droga idac bardzo stromo w dol, do koryta potoku, i nagle z naprzeciwka nadjezdza moze osmioletni chlopak z plecakiem. A wlasciwie to galopuje, bo jedzie na koniu. Kon jest malutki, ale w porownaniu z tym chlopaczkiem wyglada na olbrzyma. Oczami wyobrazni widze siebie, jak w pierwszej klasie prosze rodzicow: Moge jezdzic do szkoly na konikuuu? Mogeeee? – czysta abstrakcja.

Obrazek 2. Miejscowi tragarze wnoszacy na plecach gigantyczne pakunki (nawet i 100 kg – podobno za taki jeden kurs dostaja 300 rupii, czyli ok 4 dolary). Spojrzcie na te wychudzone nogi:





Obrazek 3. Maszeruje z gorki calkiem dziarsko i nagle slysze gwizd z tylu. Zanim sie odwrocilem, mija mnie dzierski 70-latek obladowany buklakami. Smieja sie do mnie i doslownie sfuwa w dol po kamieniach niczym kozica (pachnie podobnie) i po chwili niknie mi z oczu. Komentarz co do kondycji miejscowych jest chyba zbedny.

*

Schodzac, w ciagu jednej doby, zmienia sie klimat i przyroda wokol. Jednego dnia rano budzi sie nie tylko w spiworze, ale i w swetrze, wokol widzi sie nagie skaly, suche zolte trawy i wlochate jaki. Drugiego dnia rano sweter zaklada sie dopiero po wyjsciu ze spiwora, a wokol zielone drzewa i hasajace malpy.





Najpiekniej jest oczywiscie o wschodzie i zachodzie slonca. Dolina jest tu bardzo wasko i blask wschodzacego slonca jest jak powolne tsunami wlewajace sie do srodka – szczegolnie spektakularnie wyglada to na zakretach:



Natomiast wieczorem niezwyklym momentem jest chwila, gdy jest juz na tyke ciemno ze widac ksiezyc i gwiazdy, natomiast czapy sniezne na szczytach gor odbijaja jeszcze resztki swiatla slonecznego – zarza sie jakby byly podswietlane od srodka, odcinajac sie od skal spowitych juz w zupelnym mroku.

*

Pierwszy wieczor spedzam w guesthousowym dinning roomie przy piecyku, swiecach, ryzu i szydelkujacych tybetankach. Razem ze Szwedami (dogonilem ich po drodze), starym Niemcem i gadatliwym Anglikiem. Anglik snuje niekonczace sie opowiesci o swoich podrozach i przygodach. Zabawne – tyle juz sie takich historii nasluchalem, ze pomimo iz sa naprawde ciekawe, to wszystkie zaczynaja mi sie wydawac podobne i po prostu nudne. Co jakis czas pytam Olofa, o czym, rozmawiaja w swoim germanskim towarzystwie. O eutanazji oraz przewadze jednych kremow do opalania nad innymi… Takze jak widzicie, nawet wieczory w tak niezwyklym miejscu, w towarzystwie takich obierzyswiatow, potrafia byc nudne. Szybko sie wiec zawijam do swojego pokoju. Samotnosc po 1,5 miesiaca przebywania non-stop w czyims towarzystwie jest naprawde bezcenna.

*

Drugi wieczor. Obok siebie stoja 2 guesthouse’y. W jednym zatrzymalo sie 2 wlochow, a w drugim nikt. W pierwszym odruchu chce isc tam, gdzie bedzie jakies towarzystwo, ale zaraz mysle sobie – czemu jedna kobita ma zarobic na 3 turystach, a druga na zadnym? :) (poza tym patrz akapit powyzej)

Odpoczywam chwile w pokoju i schodze na dol na obiad. W dinning roomie ciemno, bo szkoda pradu i opalu na jednego goscia. Zostaje zaproszony do izby gospodyni, czyli kuchni z lozkiem.

W izbie jest ciemno – troche swiatla daje drewno palace sie w piecu i dwie swieczki stojace w katach. W izbie oprocz krzatajacej sie gospodyni siedza jeszcze 4 osoby – rodzina. W tym swietle prawie nie widze ich twarzy, oczywiscie nie rozumiem tez o czym mowia (2 proby zagajenia po angielsku okazuja sie porazka). Takze atmosfera jest lekko tajemnicza.

Jeden z mezczyzn wyjmuje z torby swiete obrazki z budda. Wszyscy bardzo zywo je komentuja – widac ze maja dla nich duze znaczenie. Ale nie mam pojecia czy sa to jakies religijne dyskusje, czy rozmowa w stylu “spojrz jaki piekny kolor ust ma ten Budda” (tybetanski i nepalski Budda ma umalowane usta i przekrwione oczy...)... Po chwili z tej samej torby wylaniaja sie kolorowe wloczki, rozance i koraliki. Tez wzbudzaja wielkie zainteresowanie. Gospodyni podaje mi jeden z koralikow, mowiac: Daramsala, Dalaj Lama, Daramsala, Dalaj Lama (Zatem wyjasnia sie zainteresowanie rodziny skarbami z torby. Trzeba tu dodac, ze wyprawa stad do Daramsali w Indiach, to naprawde wielka ekspedycja). Po chwili pokazuje mi zebym polknal ten koralik. Hmm, dziwne maja tu zwyczaje... Ogladam koralik w tym polmroku i dochodze do wniosku ze to jednak cukierek. Cukierki od Dalaj Lamy sa paskudne.

Siedze wiec sobie na zydlu, obserwuje wieczorne zycie tybetansko-nepalskich gorali i probuje cos zrozumiec. Czym zajmuja sie ludzie spedzajacy kolejny wieczor w ciemnej kuchni? Jakie stosunki panuja miedzy czlonkami rodziny? Czy wszyscy beda tu spac? Gdzie sie zmieszcza? Czemu gospodyni zaczyna nagle ubijac maslo w tubie? Co za ziol dodaje do rakszi (miejscowy samogon) i czemu ja smazy przed podaniem?
Na koniec gospodyni podaje mi to rakszi. Cienie tancza na pomarszczonej twarzy, nadajac jej wyglad zlowrozbnej cyganki. “Very strong, verrry strong, gooood sleeep”.

Sen byl rzeczywiscie dobry.

*

Nastepnego dnia czekam do wczesnego popoludnia na moja ekipe. W miedzyczasie odkrywam gorace zrodlo. Umyc sie (wlasciwie to tylko oplukac) w goracym zrodle, na wysokosci ponad 2000m, po dokladnie 14 dniach od ostatniej kapieli – przyjemnosc jedyna w swoim rodzaju. Nawet jesli zrodelko jest tak naprawde tylko malutkim cuchnacym bajorkiem :)

Nie moge sie doczekac, wiec ide dalej. O 16 siadam w Siabru Bensi przed OK Hotelem, z ktorego wyruszylismy 5 lutego.

Nastepne dni beda bardzo obfite w nowe wrazenia.

poniedziałek, 23 lutego 2009

Slonce w Kangyen Gompa

13.02.2009

Siedze na plastikowym krzeselku pozszywanym (tak!) tasiemka i przykrytym narzuta z jaka i wygrzewam sie na sloncu – tak w skrocie wyglada opis tego dnia.

Jutro Zuza i Wojciech robia drugie podejscie na przelecz, a ja chyba zaczne schodzic w dol. Dookola juz nie ma za bardzo gdzie isc, a nie chce juz siedziec na miejscu. Zawsze to jak czlowiek jest w ruchu, cos ciekawego sie moze sie wydarzyc.

Ganja La vs Langshisha Kharka

12.02.2009

Rano jemy wspolne sniadanie, oddaje Zuzie reszte mojej aspiryny i moi alpinisci udaja sie na Ganja La, a ja w gore doliny – w miejsce zwane Langshisha Kharka, gdzie spotykaja sie trzy jezory lodowcowe.

Po drodze spotykam “Szwedow”, ale na szczescie maja podobne podejscie do mojego – czasem sobie gadamy, ale generalnie kazdy idzie sobie samotnie w odleglosci kilkudziesieciu metrow.

Lodowce okazuja sie mocno cofniete, ale i tak miejsce robi wrazenie.

Jako ze w zwiazku z rezygnacji z ataku na przelecz brakuje mi mocnych wrazen, proponuje “Szwedom” przeprawienie sie “wplaw” przez strumien na druga strone doliny i powrot tamtedy. Strumien calkiem szeroki, gleboki do kolan, woda lodowata, nurt rwacy, kamienie sliskie – ale umowmy sie, to nie jest podejscie na Ganja La ;)

Druga strona doliny okazuje sie malo przyjazna – wielkie pola glazow, glazikow i kamulcow na przemian z gestymi krzaczorami (Olof, ktory ma ze 2 metry wzrostu w pewnym momencie musial zaczac sie czolgac w tych krzaczorach…). Innymi slowy idziemy naprawde wolno i gdy nadchodzi zmierzch jestesmy jeszcze daleko od domu. Postanawiamy wrocic na “dobra” strone doliny, ale tu strumien plynie juz 6-7 odnogami, niektorymi calkiem niewaskimi. I ta przeprawe chyba rzeczywiscie warto zapamietac. Oraz przyjemnosc z zalozenia na stopy suchych i cieplych skarpet. Zastanawiam sie po co przenosilem sie z namiotu do pokoju ;)



Ostatnia godzine idziemy zupelnie po ciemku. Pewnie bedziemy pozniej niz Gandzialowcy, ale nie ma co zalowac – nigdy w zyciu nie widzialem tak rozgwiezdzonego nieba. W pewnym momencie po prostu stajemy i z 10 min gapimy sie w gore nic nie mowiac.

Gdy dochodzimy na miejsce okazuje sie ze 5 min wczesniej domownicy zadecydowali ze za 20min ida nas szukac…

Wojtek i Zuza nie zdobyli przeleczy. Zgubili droge, potem zgubili siebie nawzajem I byla to dla nich jedna z najgorszych przepraw w zyciu (tak stwierdzil Wojtek). Czyli decyzja o moim zostaniu byla trafna… widac, ze tacy zmeczeni jeszcze nie byli… Od tej pory spia razem ze mna w pokoju.

Snieg w Kangyen Gompa

11.02.2009.

Mija pierwsza samotna noc od ponad miesiaca – chocby dlatego warto bylo przeniesc sie do srodka.

Moze czas na kilka slow o pogodzie. Otoz dotychczas kazdy dzien wyglada tak samo – w momencie, gdy slonce wychyli sie w koncu zza gor, robi sie upalnie goraco, a zachmurzenie jest zerowe. Po zachodzie slonca szybko trzeba zakladac sweter i kurtke (ja najczesciej zakladam w ogole prawie wszystko co mam), a w nocy temeperatura spada ponizej zera. Dla turystow pogoda genialna, mieszkancy doliny za to sa bardzo niepocieszeni – zima bez sniegu oznacza malo wody, a malo wody oznacza koniecznosc latania z wielkimi baniakami na plecach do strumienia oddalonego o kilkaset metrow oraz marne plony na wiosne…

Tymczasem dzis zbiera sie coraz wiecej chmur roznego rodzaju. Jest bardzo malowniczo, az do momentu, gdy zrywa sie potezna sniezyca. Nasz pierwszy snieg w Himalajach ;) Zla wiadomosc jest taka, ze zasypuje nam Ganja La…



Wieczorem Zuza siedzi z niewyrazna mina, az w koncu mowi, ze wedlug nich nie powinienem isc z nimi jutro na przelecz… Dwudniowa eskapada odpada ze wzgledu na straszny mroz w nocy ta wysokosci ewentualnego obozu, a w jeden dzien z moja noga i moim tempem nie zdaze… W dodatku ostatni etap podejscia jest bardzo trudny i oni sami nie wiedza, czy dadza rade… Na koniec jeszcze dodaja, ze nie wierzyli, ze w ogole dam rade zobyc te dwa poprzednie szczyty - a to im psikusa zrobilem ;)

Jak mam do wyboru rezygnacje z wlasnej ambicji albo narazenie innych na niebezpieczenstwo, to wiadomo co wybieram…

Kangyen Ri

09.02.2009

Rano kobieta chce od nas wiecej pieniedzy, niz sie wczesniej umawialismy – bardzo dobrze, ze sie wyprowadzamy.

Postanowilem nie brac juz magicznych pigulek “Szwedow” I zmierzyc sie ze szczytem o wlasnych silach. Dosc szybko dobijamy do grani (tzn gdyby moi himalaisci szli sami, to by pewnie doszli dwa razy szybciej ;), do srodkowego “szczytu”. Wojtek pyta z troska w glosie, czy ide z nimi na ten nizszy szczyt – bo potem trzeba bedzie wracac pod gorke. #!&%! @! !*&^%$!# - ech, do czego to doszlo? Jasne ze ide, chocbym sie mial porzygac, to ide. No wiec nic nie mowie, tylko zabieram tylek i maszeruje.

Potem czlapie sobie z tylu i w przerwach miedzy sapnieciami spiewam sobie to:


A zdobywajac szczyt wygladam tak:

Co prawda nie towarzyszyly mi zadne patriotyczne uczucia, ale mialem fajna flage I nie zawahalem sie jej uzyc.

Wokol niesamowita, wielka, rozlegla, potezna, monumentalna przestrzen – doliny, wawozy, zleby, gory nagie, gory zalesione, gory zasniezone, szczyty uformowane we wszystkie mozliwe ksztalty, strumienie, rzeka, lodowce sunace elegancko i majestatycznie, i lodowce bezczelnie urywajace sie w polowie…

Pytam moich gorolazow, czym roznia sie Himalaje od innych wielkich gor, w ktorych byli. Odpowiadaja ze przede wszystkich ta olbrzymia przestrzenia.

Pisalem juz dwa razy, ze jestem w najpiekniejszym miejscu, w jakim dotychczas bylem, wiec tym razem po prostu sie zamykam.

Dzien aklimatyzacyjny

08.02.2009

Kangyen Gompa to skupisko kilku mniejszych lub wiekszych hotelikow. Calosc na pierwszy rzut oka wyglada straszliwie turystycznie (jest na przyklad “German Bacary Café” ;) ), na szczescie tak pora roku, ze w calej wiosce nie ma jednoczesnie nawet 10 turystow.



Rano z hukiem przylatuje helikopter. Wysypuje sie niego grupka bladych twarzy, robia zdjecia, pija herbate i odlatuja z powrotem. He he – to dopiero turysci  Dopiero potem okazuje sie, ze sa oni sponsorami tego helikoptera, nalezacego do Parku Narodowego – w takim razie respekt i szacunek.

Ja sie czuje jak po wypiciu trzech czwartych bez zagryzki… Ratuja mnie dopiero “Szwedzi” (ci poznani dwa dni wczesniej) – oddaja mi lekarstwo, ktore sami dostali od kogos wczesniej. Pozniej przychodza zolnieze i glosno puszczaja muzyke – nepalskie reggae. Przy tych dzwiekach zdrowieje juz do konca :)

Postanawiamy nastepnego dnia przeniesc sie do “Lovely Guest House”, czyli miejsca gdzie spia “Szwedzi”. Wlasciciele naszego hotelu traktuja nas jak maszynke do oddawania pieniedzy (w naszym wypadku jest to popsuta maszynka), a tam sa serdeczni, otwarci I mozna z nimi pogadac jak czlowiek z czlowiekiem. W dodatku jest to ich wlasne schronisko, mieszkaja tam, wiec jest normalna domowa atmosfera.

Na nastepny dzien planujemy wejsc na Kangyen Ri (4773m), potem na Tsergo Ri (4986m), potem dzien przerwy, a potem jedno lub dwudniowa wyprawa na przelecz Ganja La (5122m).

Kangyen Gompa

07.02.2009

Do wszystkich moich przekletych przeszkadzajek dochodzi choroba wysokosciowa…

Wojtek trzyma sie doskonale, Zuzannie poszla krew z nosa, na szczescie tylko raz, ja natomiast ledwo ide po prostej, nie mowiac juz o “podgorkach”. Cale szczescie, ze dzis mamy dojsc tylko do 3700m.

W koncu Wojtek wyrywa do przodu, zostawia plecak na miejscu i wraca po moj. Zuza ratuje mnie aspiryna (rozrzedza krew) i probuje zagadywac, zebym skupial sie na niej, a nie na drodze. Gdyby ktos szukal przyjaciol, to polecam ta dwojke 

Z ciekawszych rzeczy – widze pierwszy w zyciu lodowiec i 7-tysiecznik (nie mam pojecia jak sie nazywa i nawet mnie to nie interesuje - zapamietam na pewno nazwy gor na ktore wejde). Wokol pojawiaja sie jaki (wczesniej byly tylko jaczyce, dla jakow-samcow nizej jest za goraca).

Dochodzimy na miejsce, czyli do Kangyen Gompa i zatrzymujemy sie w pierwszym z brzegu hoteliku. Tu ma byc nasza baza wypadowa.

Ok 18 zwalam sie na lozko i od razu zasypiam. Noc jednak bedzie z gatunku tych nieprzespanych (katar i choroba wysokosciowa).

A jutro “dzien aklimatyzacyjny”.

Langtang View Hotel - prawie Langtang Village

06.02.2009

Kolejny dzien wchodzenia pod gore. Wokol nas powoli znika las, wchodzimy w strefe skal i wysuszonej na zolto trawy.


Ide wzdluz murka modlitewnego - po prawej stronie jest co jakis czas wyryte "Om mani padme hum", czyli standardowa mantra. Normalnie chodzi sie po lewej stronie, wiec jestescie swiadkami malego fo pa.

Po poludniu naszym oczom ukazuje sie wioska Langtang – tym razem dojdziemy do celu, jestem z siebie bardzo zadowolony ;)

Ale zanim do niej dochodzimy, spotykamy na drodze lezacego czlowieka. Okazuje sie ze ma rozwalony nos, glowe i niezle krawawi. Opatrujemy go. Potem on siada i z metnym wzrokiem grzebie za koszula – okazuje sie ze chcial nam zaplacic za pomoc… Okazuje sie tez ze jest zwyczajnym pijakiem… Mimo to postanawiamy z Zuza odprowadzic go do domu, zeby nie zabil sie po drodze na skalach (od przechodzacej kobiety dowiadujemy sie ze jest z wioski, ktora niedawno minelismy).

Juz w trakcie drogi w dol (alez lekko idzie sie bez placaka, nawet jesli wiesza sie na Tobie pijak :) ) zapada ciemnosc, wiec zatrzymujemy sie w najblizszym domku.

Wlasciciel najpierw chce od nas pieniedzy za rozbicie namiotu, potem pozwala zrobic to za darmo. I chociaz zamawiamy tylko herbate, traktuje nas tak samo milo, jak Szweda i Austryjaczke (dalej zwani “Szwedami”), ktorzy takze sie tu zatrzymali i zostawiaja kupe pieniedzy – nie zawsze sie to zdarza.

Guest house (po naszemu to by bylo gospodarstwo agroturystyczne???) jest typowy dla Langtangu. Jeden domek przeznaczony na pokoje goscinne (w ktorych mieszcza sie dwa lozka i nic poza tym) oraz drugi domek – jednoizbowy z czescia kuchenna i jadalna, w ktorej mieszkaja gospodarze i w ktorej wieczorami przesiaduja goscie (bo jest cieplo – domek goscinny nie ma pieca). Domki sa kamienne (goscinny wykonczony od srodka deskami) – tylko tego budulca w gorach nie brakuje.

Wieczor spedzamy wiec wszyscy w domu gospodarzy. Gotujemy obiad na piecu, w towarzystwie umorusanych dzieci bawiacych sie jakimis kolkami i kobiecie dziergajacej czapke na szydelku.

Aha – dodam, ze jestesmy na 3300m, ponad dwa razy wyzej niz bylem kiedykolwiek wczesniej :)

Siabru Bensi - Langtang View Hotel

05.02.2009


Szosta rano... Za tym ryjem kryje sie fantastyczny widok na miasteczko i wawoz z rzeka (i nie mam na mysli kapiacych sie tam kobiet;) )

Dzis czas na pierwszy prawdziwie gorski szlak. Moi himalaisci pedza jak mlode kozice, a ja walcze z katarem, kaszlem, kondycja, a potem jeszcze na dodatek z kolanem (stala sie jedyna rzecz, jakiej obawialem sie przed wyjazdem, to znaczy znowu cos chrupnelo mi w rzepce…). Najgorszy jest ten zatkany nos – nie dosc ze nie mozna oddychac, to jeszcze usta i gardlo wysuszone na wior. Jednym slowem nie jest dobrze – ostatnie podejscie pokonuje niemalze na czworaka.

Do osiagniecia zalozonego celu zabraklo nam dzis okolo godziny. Zatrzymujemy sie w uroczym schronisku prowadzonym przez jedna kobiete (Tybetanke). Rozbijamy namiot, gotujemy sobie strawe, a potem postanawiamy isc do kuchni, poprosic o gotowana wode.

Tam, przy piecu, siedzi juz drugi gosc – mniej wiecej 50-letni Rosjanin Siergiej – i wcina ziemniaki. Mija moze kilka minut i proponuje nam “Zielonego Ducha”… Co on, chce marihuane z nami palic? Okazuje sie, ze tak sie mowi na spirytus… :)

Spedzamy wiec wieczor przy piecu, ziemniakach, kislu i spirytusie… Siergiej to dusza-czlowiek, rozmawiamy z nim niemalze o wszystkim. Chlopak na wszytko ma gotowa odpowiedz: “Co zdjelac…” albo “Maybe… Maybe no…” I absolutny brak cisnienia na cokolwiek.

Jakis czas temu pisalem, ze nie da sie poznac wszystkich ludzkich historii tak, jakby sie chcialo. Ale jest tez druga strona medalu - “tryb podrozy” pozwala poznac mnostwo ciekawych ludzi , a zaraz potem blyskawicznie zniknac z ich zycia. Mozna wziac od drugiej osoby to, co sie chce (i na co pozwoli), dac z siebie to co sie chce, a potem nie interesuja cie juz zadne jej klopoty, nie trzeba chodzic na zadne kompromisy – po prostu idzie sie dalej i spotyka kogos nowego. Bardzo to odpowiada mojej samotniczej naturze ;)


A na dobranoc widok na nasz oboz.

Siabru Bensi

04.02.2009

Nastepnego dnia idziemy piechota w oczekiwaniu na jakiegos stopa. Ale naprawde malo co tamtedy jezdzi…

Wloke sie na koncu stawki, walczac z zatkanym nosem. A smarcze na zolto (od pylu) i czerwono (od krwi) – gdyby to nie byl katar, byloby to ciekawe doznanie artystyczne… Gdy Zuza z Wojtkiem zatrzymuja sie, zeby cos ogladac i pstrykac fotki, ja pre dalej, zeby ich wyprzedzic i gdzies tam z przodu odpoczac. Gdy w koncu znajduje dobre miejsce i zrzucam plecak… nadjezdza autobus – caly misterny plan na nic :)

Wieczorem docieramy do Siabru Bensi, bedacego wrotami do doliny Langtang. W autobusie spotykamyu chlopaka, ktory zaprowadza nas do malego hoteliku nalezacego do jego rodziny (ale spimy na podworku pod namiotem – miejsce jest na skarpie z widokiem na rzeke i miasteczko).


Uliczka Siabru.

Mamy niesamowite szczescie, bo tego samego dnia w miejscowej swiatyni odbywa sie uroczystosc ku czci zmarlej 49 dni temu kobiety. Chlopak zaprasza nas tam. Gdybysmy wczoraj zdazyli na autobus, na 100% omineloby nas to.

Na wieczor schodza sie krewni, przyjaciele i znajomi ze wszystkich okolicznych wiosek. Swieto, chociaz ku czci zmarlej, jest raczej prestekstem do spotkania i zabawy. Przy malym kamiennym dziedzincu znajduje sie buddyjska swiatynia, dom w ktorym siedza kobiety, dom w ktorym siedza mezczyzni oraz kuchnia. Po srodku zostaje rozpalone ognisko.

Na dobry poczatek zostajemy posadzeni na kamieniach i dostajemy wielki talerz ryzu z warzywami i sosem (jeszcze nie wiemy, jak sie to nazywa). Juz po polowie jestesmy pelni po dziurki w nosie… Wojtek jakos sie uporal, ale my z Zuza po prostu nie jestesmy w stanie… A nie mozemy zostawic, zeby nikogo nie urazic – klasyczny problem goscia, ktory moze wydawac sie smieszny, ale wcale taki nie jest :) W dodatku do picia dostajemy cian – miejscowe piwo oraz rakszi – miejscowy samogon (na szczescie nie tak mocny jak nasz). Obydwa sa zrobione z ryzu i obydwa smakuja tak, ze najchetniej bym wylal, tylko znow – nie wypada (ale czestuja tym tak czesto, ze w koncu chodze do toalety tylko po to, zeby oprozniac kubki, potem Zuza mi mowi ze robila to samo :) )

Ludzie biesiaduja na dziedzincu i co jakis czas czesc z nich wchodzi do swiatyni, gdzie lamowie odprawiaja modly przy dzwiekach miesamowitej muzyki. Po srodku kleczy kukla, ktora ma chyba symbolizowac zmarla…

Co jakis czas mowia nam, ze niedlugo beda tance – bardzo ciekawi mnie, jak to bedzie wygladac… Najpierw kilku mezczyzn staje w rogu dziedzinca i zaczyna spiewac. Bardzo melancholijnie brzmia te ich piesni, nawet te ktore podobno sa wesole. Po jakim czasie zaczynaja poruszac sie w lewo po okregu, charakterystycznie stapajac – raz jedna noga i dwa razy druga. Okazuje sie ze tak wlasnie wyglada ten taniec – jedynym urozmaiceniem bedzie lapanie sie w pasie, odrobine wieksze wymachy nog do przodu oraz rytmicznie swisniecia. Do tanczacych co chwile dolaczaja nowi mezczyzni, potem takze kobiety. Po polnocy bedzie to juz cale kolo otaczajace dziedziniec.


W tle oswietlona bozonarodzeniowymi lampkami swiatynia (wlasciwie to kapliczka). Tez rzadek stojacych ludzi z tylu to tanczacy.

Oprocz naszego chlopaka najczesciej rozmawiamy z pietnastoletnia dziewczynka o wygladzie dwunastolatki (dzieci tutaj bardzo powoli rosna. Zaskakujaco dobrze wlada angielskim. Po jakims czasie zwierza sie, ze bardzo chcialaby studiowac, ale nie ma pieniedzy i czy moze moglibysmy sponsorowac jej studia… Wprawia nas to w niezle zaklopotanie (dopiero potem dowiemy sie, ze w Nepalu to normalna praktyka – malo kogo stac na studia i spotkamy po drodze mnostwo przypadkow takiego sponsoringu).


Moment w ktorym Michal przerzuca sie z dzieci Rwandyjskich na Nepalskie ;))

Zagaduje mnie wlasciciel jednego z hotelikow. Mowi mi, ze my w Europie to mamy fajna kulture. Bo jak w Nepalu ktos zarobi pieniadze, to od razu buduje dom albo kupuje bizuterie. A w Europie jak ktos zarobi pieniadze, to najpierw woli popodrozowac, poznac swiat itd. Nie wyprowadzam go z bledu…