poniedziałek, 13 kwietnia 2009

Ostatnie dni w Siabru

27-28.02.2009

Buchung tym miedzy innymi rozni sie od 20-latkow z Europy, ze bardzo chetnie bierze udzial w obowiazkach domowych. Wlasciwie to nie traktuje ich jako jakies narzucone obowiazki - robi to co trzeba, bo taka jest po prostu natura rzeczy.

Tak wiec swieta swietami, Losar Losarem, ale jak trzeba przyniesc drewno, to sie je przynosi. Idziemy wiec niezly kawal pod gore (do “Jungle”, jak to mowi chlopak), gdzie znajduje sie zrodlo nadajacego sie na opal drewna. Zuza tez idzie z nami, ale po malej klotni z Buchungiem, ktory kazal zostac w domu, bo w “jungle” jest zbyt niebezpiecznie dla kobiety. Oczywiscie jedynym niebezpieczenstwem okazuja sie badyle, przez ktore trzeba sie przez chwile przedzierac.

Noszenie drewna ciezka robota nie jest, ale pod warunkiem, ze utrzymuje sie caly ciezar na ramionach, a nie na opasce zalozonej na czolo :)

Potem Buchung mowi, ze zdobylem szacunek wioskowych mezczyzn tachajac drewno na nepalska modle... Nie wiem czy to prawda, ale polubilem ta robote ;)


Przodownik pracy maszerujacy pod gorke (trzeba zachowac idealnie stabilna postawe, bo inaczej kosz sie przechyli, a drewno wysypie)


Przodownik pracy maszerujacy z gorki.


I przodownik pracy na fajrancie ;)

*
27 lutego mija waznosc naszej wizy. Czyli dzisiaj powinnismy opuszczac granice kraju. Za kazdy dzien zwloki placi sie kilka dolarow. Ale co z tym zrobimy, bedziemy martwic sie pozniej.

Swita mi w glowie pomysl, zeby zostac w Siabru i “spolecznie” uczyc tu angielskiego (inne pomysly, co by tu mozna pozytecznego zrobic, tez switaja, jednak angielski wydaje sie najwazniejszy). Ale Buchung wybija mi to z glowy. Mowi, ze ludzie tutaj w ogole nie sa zainteresowani nauka, ze on od dawna probuje angielskiego uczyc (na jednej lekcji nawet bylismy razem), lecz najczesciej nikt nie ma czasu – zawsze znajda sie jakies wazniejsze rzeczy do zrobienia w obejsciu...

Ale i tak jestem na tyle zakochany w Nepalu i mieszkancach tutejszych gor, ze potrzeba zrobienia tu czegos dobrego mnie nie opuszcza. Moze kiedys w przyszlosci.

*
I na konec Buchung prawie wszystko psuje. Zaczyna prosic o pieniadze.

W Nepalu bardzo szeroko rozpowszechniona jest idea sponsoringu. Nauka, szczegolnie studia czy szkoly zawodowe, sa bardzo drogie i niewiele rodzin stac na zapewnienie edukacji chocby jednemu dziecku. W zwiazku z tym dosc powszechna praktyka jest, ze za szkole placi ktos z zachodu (czasem osobiscie, a czasem przez jakas fundacje).

Niestety chlopak nie poprzestaje na prostej prosbie, tylko zaczyna snuc dlugie i tragiczne opowiesci, strasznie przy tym krecac, co z czasem wprawia nas w zazenowanie. Raz mowi, ze bardzo chcialby kontynuowac nauke w Katmandu, wiec potrzebuje na to pieniedzy. Innym razem, ze nie moze opuscic Siabru, bo musi sie opiekowac ciotka, a tu nie ma szans na znalezienie pracy, wiec tym bardziej potrzebuje pieniedzy. I tak dalej – nie ma sensu wszystkiego przytaczac.

Oboje z Zuza staramy sie zrozumiec chlopaka – raz ze tu jest naprawde biednie, dwa ze “sponsoring” jest w Nepalu czyms normalnym, trzy ze w tutejszej kulturze takie blagalne prosby nie sa czyms upokarzajacym.

Niemniej jednak pewien niesmak zostaje – zaczynamy sie zastanawiac, na ile przyjazn wszystkich dookola byla szczera, a na ile wykalkulowana na zdobycie zrodla utrzymania...

Szybko jednak dochodze do wniosku, ze byla szczera, a Buchung po prostu mial chwile slabosci :)

Nic mu nie obiecalem, a jak bedzie – zobaczymy (poki co sam musze znalezc prace po powrocie do Warszawy ;) .

*
Nadchodzi ostatni wieczor. Kilka osob przychodzi nas pozegnac i zalozyc Kadaki na droge. Ciotka wrecza nam prezenty, a raczej zawiazuje nam je na szyi – otrzymalismy wisiorki na szczescie. Po chwili znika za drzwiami i wraca z drugim prezentem – swoja torba... Piekna, niepowtarzalana, recznie robiona, niezniszczalna i absolutnie perfekcyjna nepalska torba na ramie (innymi slowy, tysiac razy lepsza, niz ta jaka chcialem kupic sobie w Katmandu). Sie cieszymy, ale ciotce cos nie gra - przeciez nas jest dwoje, a torba jedna. Chwile sie zastanawia i przynosi druga, troszke juz sfatygowana, ale rownie wspaniala. Problem polega na tym, ze wiecej toreb Ciotka chyba nie posiada... Zaczynamy sie wiec bronic, ze nie moze oddac swojej ostatniej torby, bo przeciez uzywa jej na co dzien. “A co, wy nie bedziecie uzywac?” – po swojemy sprawe ucina Buchung.




*
Bedzie mi troche brakowac tego miejsca. Ryzu z zupa z soczewicy na kazdy obiad i kolacje. Codziennego zagrzebywania sie w koce na podlodze i uciszania kury, ktora spi w pudelku obok. Tych wszystkich wesolo-smutnych Tybetanczykow. Siadania u nich w kuchni na podlodze, picia slonej herbaty i nic-nie-mowienia. No i gor na wyciagniecie reki.

Ale nie jest mi smutno. Jestem raczej podekscytowany tym, co czeka nas dalej.

O swicie przywiazujemy kadaki do mostu i ruszamy w droge.


Zuzanny ostatnie spojrzenie na Siabru.

piątek, 10 kwietnia 2009

Losar

Jesli nie chcesz czytac nowych opowiesci od konca:
- przenies sie dopierwszego z nowych wpisow
- przenies sie do pierwszego z dzisiejszej porcji wpisow
(dla mniej zaawansowanych: potem trzeba kliknac "nowszy post" na dole)



25-26.02.2009

Dzis Losar. “Happy day”, na ktory wszyscy od dawna czekali.

Wstajemy skoro swit (czyli jak zawsze w Siabru) i z Buchungiem i Akashem ustawiamy przed domem maszt z nowiutkimi flagami modlitewnymi. Potem jemy na sniadanie wypieki, ktore byly przygotowywane przez ostatnie 2 tygodnie (ciotka ma wielgachny, conajmniej metrowej wysokosci kosz z tymi ciastkami – starczy na jeszcze wiele tygodni). Potem czas na blogoslawienstwo. Buchung, jako pan domu, rozpala kadzidlo, moczy patyczek w nimbu (domowe piwo) i trzymajac go nad kadzidlem odmawia modlitwe. Potem wciera wszystki maslo we wlosy, bierze make i wsypuje nam ja w usta oraz obsypuje ramiona. Potem obsypujemy flagi modlitwne, wykrzykujac na caly glos “Sooooo so!” (podobno nieprzetlumaczalne) oraz "Taszi Delek!" (tybetanskie powitanie). Jest to sygnal dla pozostalych mieszkancow, ze moga rozpoczynac ceremonie – nasz dom jest pierwszy w wiosce, z czego Buchung jest skrycie bardzo dumny.

Zastanawiamy sie, ile w tym wszystkim buddyzmu, a ile poganstwa. W kazdym razie jest to ostatni religijny rytual tego dnia.

*
Teraz nastepuje rytual odwiedzania sie nawzajem, jedzenia sziro i solmy, picia herbaty i rakszi oraz niekonczacych sie smiechow i rozmow.

Zuza w stroju galowym.


Ciotka i Buchung


Dolma z synkiem


Miejscowy dresik ;)


Miejscowa dzieciarnia.


I miejscowa uliczka (glowna i jedyna)

*
I znow radosc przeplata sie ze smutkiem, jak kolorowe sznurki w dlugasnych warkoczach tybetanek ;)

Dla Wujka przezycie pierwszego Losaru bez zony okazalo zadaniem ponad miare. Pije rakszi na potege. Pijanych osob napotykamy tylko kilka, ale prawie wszystkie z nich rozpaczaly z powodu braku kogos z bliskich. Dla jednej z kobiet skonczylo sie to tragicznie. Dostala wylewu i lezy w stanie krytycznym. Nimu Sambo (lama, maz Dolmy) i wiele innych osob spedzaja dlugie godziny na modlitwach przy lozku chorej.

Zuza natomiast rozdarta jest miedzy checia sprobowania jak najwiekszej ilosci losarowych smakolykow (i nie sprawienia przykrosci kucharkom ;), a zadbaniem o spokoj zoladka, ktory juz od tygodnia robi wszystko, by uprzykrzyc jej zycie.

“Sometimes happy, sometimes sad”, jak ciagle powtarza Buchung.

*
W drugi dzien Losaru urzadzamy piknik.

Umawiamy sie, ze tym razem gotujemy my i ze przygotujemy “polski obiad”. Co jest zadaniem dosc trudnym, bo w Nepalu raczej nie uswiadczy sie polskich warzyw czy przypraw. Stawiamy wiec na ryz z sosem pomidorowo-czosnkowo-cebulowym oraz ziemniaki pieczone w ognisku z sola tudziez pasta pomidorowo-czosnkowo-cebulowa...

Ziemniaki okazuja sie dla nas prawdziwym niebem w gebie, podroza w glab dziecinstwa i mistycznym kontaktem z dziedzictwem przodkow ;) Nasi goscie za to z wielkim zdziwieniem patrza, jak my mozemy jesc takie “brudne” ziemniaki... (za to w ogole nie przeszkadza im ani jedzenie brudnymi rekoma, ani jesli cos upadlo na ziemie).

Na koniec Buchung mowi, zebysmy zapytali wszystkich, czy sa zadowoleni z pikniku... Hmm... troche to dziwne tak nachalnie sie dopytywac. No ale pytamy. Wszyscy tylko na to czekali i ze smiechem odpowiedaja, ze bylo fantastycznie. Okazuje sie, ze tak samemu wyrywac sie z komplementami byloby niegrzecznie ;)


Najpierw trzeba zbudowac domek ze slomy, zeby sie mozna bylo w cieniu skryc... Zwroccie uwage na piers Akasha, na ktorej dumnie husta sie olbrzymi krzyz. Akash bowiem jest chrzescijaninem i mozna wolac na niego takze "Timode", czyli Tymoteusz.


Wzorowy podzial obowiazkow: Zuza pichci zupe, Mlody sieka czosnek, a ja zabawiam panie ;) Nawiasem mowiac, nie ma tu scislego podzialu na prace meskie i kobiece - po prostu jak jest cos do zrobienia, to bierze sie za to ten, kto akurat jest blizej albo ma czas.


Buchung, jako gospodarz, gotow byl o kazdej porze dnia i nocy podac nam herbate. Ale dzis to my jestesmy gospodarzami. Chlopak zazyczyl wiec sobie, aby teraz (zaraz!) Zuza podala mu cos do picia :) Na zdjeciu Buchung z wladcza mina czeka, az bedzie mogl ponazekac, ze herbata za malo slodka, ja probuje sie nie smiac z calej sytuacji, Akash skumac o co chodzi, a poza kadrem, cicho przeklinajac, Zuza potulnie bierze sie za robote ;)

*
Wieczorem siedzimy w mojej ulubionej kuchni, czyli u Dolmy. Dolma postanowila zrobic nam przyjemnosc i zaserwowala swoja wlasna wersje ziemniakow w mundurkach i pasty pomidorowej. Coz, jest lepsza :)

Uczymy ich grac w anse-kabanse-flore (pamietacie to z przedszkola?) – niesamowite, jaka dorosli ludzie moga miec frajde z takiej zabawy (najbardziej uchachana jest Ciotka).

Potem dowiaduje sie, ze moje imie jest dla nich za trudne i miedzy soba nazywaja mnie “Kisior”. Pytam co to znaczy. Niemilosiernie placza sie w zeznaniach (byc moze trudno sie tlumaczy pokladajac sie ze smiechu...), w koncu wychodzi na to, ze to chyba wedrowny swiety dziad-zebrak – sie im najwyrazniej przez moja brode skojarzylo :)



*
Wracamy do domu juz w nocy. Jest wiec zupelnie ciemno – swieci tylko ksiezyc i nasze latarki. Nagle widzimy na dachu, od strony okna, jakis ruch. Po chwili zeskakuje stamtad czlowiek, rozwala przy tym ogrodzenie od ogrodka i staje kolo nas.

Ewidentnie wyglada na zlodzieja, ale Buchung mowi, zeby sie nie przejmowac i isc do domu, w ogole jakby go to nie ruszylo. Nie potrafimy tego zrozumiec – wg nas trzeba cos zrobic, najlepiej przegonic go do diabla. A co robi Buchung? Zaprasza go do domu i sadza na lozku. Zupelnie nie rozumiemy o co chodzi. Moze to w ogole nie byl zlodziej?

Buchung zadaje mu kilka pytan, a potem siedzimy w ciszy... Przez pol godziny. Twarz naszego chlopaka nie wyraza zadnych uczuc, ale dlonie trzesa mu sie ze zdenerwowania. Bieze ksiazke, zeby zajac czyms rece, ale po chwili upada mu na podloge. W koncu mowi gosciowi, zeby wyszedl. Gdy zamykaja sie drzwi, pada na lozko ciezko dyszac i uspokaja sie jeszcze dlugie minuty...

A co sie stalo?

Buchung wykombinowal sobie tak: zaprosi zlodzieja do domu, zeby sie z nim zaznajomic, bo znajomych sie nie napada... Poza tym, teraz zna jego imie, widzial jego twarz, wiec w razie czego bedzie wiedzial kogo szukac.

A potem pokazuje nam blizny, ktore zostaly mu po spotkaniu ze zlodziejem rok wczesniej...

Autobus do Siabru

24.02.2009

Poprzedniego dnia nie bylo autobusu, wiec dzisiejszy jest wypchany po brzegi. Na szczescie udaje mi sie wspiac na dach dosyc szybko i zajac w miare dobre miejsca – mozemy siedziec na swoich plecakach. Jedziemy.


Jedno z tych zdjec, ktore nawet w 1% nie oddaja tego, jak piekna jest ta trasa.

Jak wyglada taka jazda?

Na poczatku naliczylismy na dachu 21 osob i wydalo nam sie to szczytem mozliwosci zaladunkowych pojazdu. Pod koniec jednak jechalo juz ponad 30 osob, razem z bagazami oczywiscie. Oznacza to nie tylko, ze jest ciasno, ale takze ze co chwila ktos cie lapie za noge, kolano, ramie itd, zeby nie wypasc na zakretach. Udaje mi sie wywalczyc dosc stabilna pozycje (z nogami za barierka i tylkiem zaklinowanym miedzy plecakiem a wielkim kartonem z telewizorem), wiec spedzam wiekszosc z tych 10 godzin, scisniety jak pomidor, jako podporka dla innych - z Zuza uczepiona prawego ramienia, pewna Belgijka uczepiona lewej nogi i pewnym Nepalczykiem uczepionym najrozniejszych czesci ciala, w zaleznosci od aktualnej konfiguracji pasazerow.

Zuza zastanawia sie, czy rozne meskie dlonie na jej kolanie, to na pewno tylko potrzeba bezpiecznej stabilizacji, ale dochodzimy do wniosku, ze tak :)

Kilka razy, gdy mijamy posterunek policji/wojska, kaza nam schodzic z dachu (wychodzi na to, ze taka jazda jest niezgodna z przepisami). Potem trzeba sie strasznie spieszyc z powrotem, zeby nikt nie wpakowal sie na nasze miejsca. Po pierwszym takim pospiesznym powrocie siadam z rozpedu na naszej torbie z bananami... Za drugim razem wiec sie wycwaniamy i zostajemy na gorze, lezac plackiem, przykryci skrzetnie roznymi kurtkami, torbami i plecakami.

Co jakis czas przychodzi na gore facet od zbierania pieniedzy za bilety. Wchodzi tylko w czasie jazdy. Wychyla sie przez drzwi kolo kierowcy, wspina na drabinke i obchodzi autobus dookola, nogi stawiajac na waskim parapecie (ktory znajduje sie nad oknami), jedna reka lapiac sie pasazerow (za co mu akurat wygodniej), a w drugiej trzymajac pieniadze. Nie ma trzeciej reki, zeby te pieniadze odbierac, ale jakos mu sie ta sztuka udaje. No a w tym samym czasie, zaraz za jego plecami, kilkaset metrow przepasci...

Z archiwum Zuzanny:




*
Poznym popoludniem pukamy do domu. “Namaste!” – krzycze. “Namaste...” odpowiada automatycznie oniemialy Buchung. Chyba rzeczywiscie nam nie wierzyli, ze wrocimy.

*
A wieczorem, wraz z Losarem, nadchodzi ulewa – noworoczny prezent od Niebios dla bogobojnych mieszkancow doliny Langtang.

poniedziałek, 6 kwietnia 2009

Powrot do Katmandu

21-23.02.2009

Jazda autobusem do Katmandu oznacza przejechanie ok 140 km w ok 10 godzin... W srodku tak trzesie, ze postanawiam, ze to moja ostatnia podroz wewnatrz, nastepnym razem jade na dachu.

Powrot do stolicy okazuje sie jak uderzenie mlotkiem miedzy oczy. Tlok, zgielk, zagadujacy sprzedawcy na ulicach oraz niespotykana przez nas nigdzie dotad liczba bialych turystow (powoli zaczyna sie sezon) sa dla nas prawdziwym szokiem. Choc przeciez nic (poza bialymi turystami) sie przeciez od poprzedniego razu nie zmienilo. Po prostu wtedy porownywalismy miasto z Pakistanem i Indiami, a teraz z Dolina Langtang i Siabru.

*

Moze to dobru moment, by opisac ruch uliczny w Nepalu (podobnie jest zreszta w Indiach, Pakistanie i Iranie). Otoz jedynym przepisem, ktorego w miare powszechnie sie przestrzega jest ruch lewostronny (ale jesli ktos jedzie prawym pasem, po prostu wymija sie go z drugiej strony – nikt nie robi z tego powodu problemu). Przejscie na druga strone ulicy to sport juz kompletnie bez zadnych regul, liczy sie spryt i refleks - samochody nie zatrzymuja sie na widok pieszych, nawet na pasach. Gdy tak manewruje sie wsrod pedzacych aut, sytuacja wydaje sie na poczatku tak nierealna, ze ma sie wrazenie uczestnictwa w grze komputerowej (i posiadanie 3 zyc;).

Teraz jednak jestesmy juz przyzyczajeni i meczy nas jedynie nieustanny halas ulicy.

Halas jest generowany glownie przez klaksony (oraz dzwonki, trabki, wielgachne syreny wygrywajace proste melodie albo skromne “prykawki” zrobione z opakowan po szamponie). Bowiem w sytuacji, gdy nie ma regul, trzeba je negocjowac na bierzaco, za pomoca klaksonu wlasnie. Gdy to zrozumialem, przestalo mnie irytowac, ze ciagle ktos na mnie trabi (tutaj prawie nie ma chodnikow – wszyscy chodza po ulicy), traktuje to po prostu jako uprzejme poinformowanie, ze ktos ma mnie zamiar minac.

Samochody, szczegolnie ciezarowe, napisane maja na karoserii “Blow Horn”, co mozna przetlumaczyc jako “Trab ile wlezie” – wygodniej jest, jesli informuje sie o swojej obecnosci na drodze dzwiekiem, niz zeby kazdy musial ciagle patrzyc na boki i w lusterka i kontrolowac sytuacje ;)

*

Ktos mnie pyta w mailu, czy kobiety nepalskie to ladne sa... Otoz w nepalu jest tak ajk wszedzie – sa ladne i brzydkie ;) Ale gdybym musial generalizowac, to bym powiedzial tak:

W takim Iranie kobiety kusza swoimi wielkimi, czarnymi oczami, w pierwszym momencie wydaja sie niezwykle piekne, ale jesli przyjrzec sie blizej, to czesto okazuja sie kanciaste, pulchne, rozlazle i bez wyrazu. Natomiast Nepalki na pierwszy rzut oka wydaja sie bardzo niepozorne, skromne i nieciekawe, lecz jesli przyjrzec sie blizej, dostrzega sie, ze maja bardzo delikatne, subtelne rysy i, szczegolnie gdy sie usmiechna, okazuja sie po prostu sliczne.

Wole typ nepalski ;)

*

Mam straszne parcie na czekolade. Kupuje snickersa (normalna czekolada jest tu 2-3 razy drozsza niz w Polsce). Niestety okazuje sie taki, jak wszystkie “zachodnie", czy po prostu pakowane, produkty spozywcze w Nepalu – jest nedzna podrobka tego co znamy z Europy. Snickers nie smakuje jak snickers, kit-kat nie smakuje jak kit-kat, fanta smakuje jakby byla rozwodniona, a dzemy to rzadka galaretka z przerazliwa iloscia substancji slodzacych.

*

Dowiaduje sie, ze sprawy, ktore kazaly mi wracac w kwietniu moga poczekac kilka miesiecy dluzej. Niespiesznie zaczynam sie zastanawiac, co to moze zmienic w moim zyciu ;)

*

23 lutego Hinduisci obchodza Shivaratri. Czytam w internecie hinduska przypowiesc: "Guru pyta wiesniaka: Jak spedziles Shivaratri? - Gralem caly dzien i cala noc w karty - To bardzo dobrze i bardzo poboznie spedziles Shivaratri dobry czlowieku, albowiem tego dnia trzeba sie radowac i zapomniec o codziennych klopotach".

W praktyce Shivaratri oznacza masowe odwiedziny swiatyn i masowe palenie haszyszu.

Idziemy nad rzeke, gdzie na dosc duzym obszarze znajduje sie glowny kompleks swiatynny. Zuza idzie kolo poludnia z poznanymi tu Niemcami, a ja mam do nich dolaczyc pozniej, ale oczywiscie nie udaje nam sie spotkac. Moje swietowanie konczy sie po jakiejs godzinie. Mam tak dosc dzikiego tlumu, ze wracam do hotelu.

Przyklad dzialania najaranego motlochu:

W ogrodzeniu sa dwie furtki. Normalnie ludzie jedna by wchodzili, a druga wychodzili. Ale nie. W Shivaratri wszyscy wchodza i wychodza obydwoma. Jednoczesnie. Jedna fala ludzka zderza sie z druga i trwa normalna bojka – na piesci, lokcie, kopniaki. Co jakis czas interweniuja policjanci. Jak? Nie, nie staraja sie uspokoic tlumu i skierowac jednych do jednej furtki, a drugich do drugiej. Po prostu chwytaja mocniej za swoje bambusowe kije i raz brutalnie przepychaja wchodzacych, a raz wychodzacych.

*

W ogole sluzby mundurowe w Nepalu (Indiach takze) to ciekawy przypadek. Rodzajow sluzb jest od groma, a kazda ma piekny, ozdobny mundur (to odwrotnie niz w Pakistanie, gdzie najczesciej widziana przez nas oznaka policyjna byl pas z wielka klamra – dlatego nigdy nie bylo wiadomo, co to za gosc z karabinem na przeciwko ciebie...;). Zabawnie to kontrastuje z ich wyposazeniem, bowiem najczesciej go po prostu nie ma, ewentualnie maja kij bambusowy. Czasem dzierza bron dluga (krotkiej nie widzialem) – zdazaja sie kalasznikowy, albo jakies dziwne wynalazki z wielkim obrotowym magazynkiem, czesciej jednak sa to jednostrzalowe karabiny rodem z pierwszej polowy XX wieku albo zwykle strzelby mysliwskie...

*

Tego samego dnia Wojtek ma samolot powrotny. Nasluchawszy sie opowiesci o naspawanych taksowkarzach, ktorzy nie widza, gdzie jada (tzn normalnie widza, ale dzis jest Shivaratri!), jedzie na lotnisko az 5 godzin przed odlotem. Oczywiscie dojezdza normalnie. Ale potem dostajemy smsa: “Dobrze ze pojechalem wczesniej. Samolot nie byl o 17., tylko o 13...”.

A my nastepnego dnia tez wracamy. Do Siabru.

Nadal w Tybetanskiej rodzinie, juz wszyscy razem

18-20.02.2009

Wieczorem idziemy znow na skaly, przywitac Zuze i Wojtka. Nikt jednak nie nadchodzi. W koncu, gdy juz wstajemy i chcemy wracac, po drugiej stronie doliny zaczynaja majaczyc znajome sylwetki.

Buchung rzuca sie pedem do przodu, ale w druga strone niz jest most... A co tam, biegne za nim. Przedzieramy sie przez trawy, krzaki i nagle dopadamy do miejsca, gdzie rzeka zawalona jest wielkimi glazami. Buchung w pelnym pedzie wskakuje na nie i chce sie w ten sposob przedostac na druga strone. No a ja za nim... Normalnie, gdybym zobaczyl, ze nastepna skala jest poltora metra nizej, dzieli mnie od niej metr przepasci, a 3 metry nizej szumi rzeka, to bym zawrocil, ale w tym pedzie nie bardzo mam kiedy i po prostu skacze. I tak kilka razy. Dobrze, ze Buchung jest kumaty i raz w odpowiednim czasie sie odwrocil i zlapal mnie za reke :)

W kazdym razie fajnie bylo sie znowu spotkac i to cale 5 minut wczesniej, niz gdybysmy przeszli powoli przez most.

Ciotka przyjmuje ich w domu, jak dawno nie widziana rodzine – mowi “No, to teraz wszystkie dzieci w komplecie” (przynajmniej wg Buchunga). A oto Ciotka w pelnej krasie:


Kobiety w Nepalu czesza sie publicznie, najczesciej na ulicy przed domem. Publicznie sie tez myja, szczegolnie wlosy. Natomiast mezczyzni, jesli chca sie umyc (raczej nie zdarza sie to czesto), szukaja jakiegos miejsca odosobnienia. No chyba ze chodzi o mycie zebow - na mycie zebow wychodzi sie na zewnatrz niezaleznie od plci (nie tylko w Siabru, w Katmandu takze jest to czesty widok).

*

Wieczorem idziemy do domu Wujka, do ktorego przeniosla sie fabryka ciastek. Dowiadujemy sie, ze od smierci zony Wujek cierpi na straszne bole zoladka i w ogole nie moze jesc. I prosi nas o lekarstwa (bo wiadomo – europejczycy maja lekarstwo na wszystko...). Na 100% jestesmy przekonani, ze to reakcja psychosomatyczna (zona umarla na raka ktoregos z narzadow w okolicy brzucha) z jednej strony, a z drugiej – efekt ostrego naduzywania rakszi...

Dajemy mu wiec wegiel i mieszanke soli mineralnych na odwodnienie, mowiac ze to na pewno pomoze, jesli tylko nie bedzie pil rakszi... Zuza naprawde niezle sie wczuwa w role pielegniarki ;)

Wujek drugi od lewej

*

W nocy okazuje sie, ze jednak nie mam zelaznego zoladka. Oddaje naturze cale wczorajsze pozywienie wszystkimi mozliwymi drogami. W dodatku zabraklo papieru toaletowego i musze przerzucic sie na system azjatycki, tzn korzystac z kubelka z lodowata woda stojacego w kazdej toalecie.

Wlasciwie to biorac pod uwage, ze przez cala droge jadlem praktycznie wszystko, wliczajac w to zarcie z przydroznych straganow (tylko wode pijemy zawsze butelkowana, albo odkazona chlorem), a rece mylem z rzadka, bo i rzadko byla mozliwosc, to i tak niezle, ze dopadlo mnie dopiero teraz (pewnie po kilkunastu kubkach wczorajszej rakszi pomieszanej z herbata z mlekiem...).

Wieczorem probuje powiedziec po tybetansku “dobry wieczor”. Podobno wyszlo mi “I am toilet-man”. No to nie dziwie sie im, ze prawie popekali ze smiechu... :)

Na tym zdjeciu najwazniejszy jest podziw na twarzy Wojtka. Gdy pil to samo lekarstwo kilka dni wczesniej, w polowie prawie zwymiotowal.

*

Nastepny dzien spedzamy na probach dowiedzenia sie, co sie dzieje z autobusem do Kathmandu . Przypadek autobusu jest typowy dla Nepalu. Nikt nic nie wie, ale kazdy udaje ze wie. Dzis i jutro slyszymy m.in, ze autobusu nie ma bo sa strajki, bo zepsul sie na wybojach i musza go naprawic, bo zepsul sie na przejechanym czlowieku i musza go naprawic, bo jakis zupelnie inny autobus przejechal czlowieka i policja zakazala jazdy wszystkim nepalskim autobusom, dopoki nie sprawdzxa stanu technicznego wszystkich nepalskich autobusow, ze bedzie dzisiaj tylko pozniej, ze bedzie jutro rano, ze nie nie bedzie go przez kilka dni...

Takze mozna tylko czekac, co oczywiscie robimy. Np na sianie:


*

Im dluzej czekamy, tym czesciej... rozmawiamy o polskim jedzeniu. Mozemy robic to bez konca. Kazde z nas potrafi sie dlugie minuty, a czasem kwadranse zamyslic nad schabowym/sernikiem/kanapkami z serem itp itd... :) Ale jak przez ponad tydzien jadlo sie codziennie kaszke z miodem i zupy w proszku, a potem prawie tylko ryz w roznych postaciach, to nie ma sie czemu dziwic.

Razu pewnego kupujemy kurczaka. Buchung sieka go maczetopodobnym nozem na drobna kostke. W calosci. Nie ma mowy o oddzielaniu piersi, udek itd. No i potem jemy... Czastki kurczaka skladaja sie w 80% z chrzastek, kosci, skory i tluszczu. Poprzestaje na wydlubaniu miesa, no i niegrzecznie zostawiam kupke niedojedzonych chrzastek na talerzu. Co na to Buchung? Pyta czy juz skonczylem. Gdy upewnil sie, ze tak, po prostu lapie te resztki i zaczyna po kolei chrupac. Chrupie, chrupie, az w koncu nic nie zostaje na talerzu...

*

Dobra wiadomosc z nastepnego poranka: jednak mam zelazny zoladek i juz jestem zdrowy.
Jest tez zla wiadomosc: na to samo zachorowala Zuza (jeszcze gorsza wiadomosc jest taka, ze nie przejdzie jej to przez wiele, wiele, wiele dni...)

I dobra wiadomosc: pojawil sie autobus

I zla wiadomosc: gdy juz sie wygodnie zapakowalismy, okazuje sie, ze nie pojedzie – tym razem podobno deszcz uszkodzil drogi i w calym okregu ruch jest zakazany. Ale jutro ma pojechac na 100%.

I szale zwyciestwa na strone dobra przechyla Wujek. Okazuje sie, ze efekt placebo to nie mit! Wujek lyka wegle, nie pije rakszi, je za dwoch i ma sie dobrze :)

*

Wieczorem idziemy sie pozegnac. Najpierw do Wujka. Okazuje sie, ze nie bedzie to jednak zwykle pozegnanie. Bedzie to pozegnanie rytualne.

Wujek wygrzebuje sie spod koca, bo juz spal, potem spala wokol nas kadzidlo, rozsypuje cos wokol oltarzyka, kazdego po kolei blogoslawi, wcierajac maslo jaka we wlosy, a nastepnie zawiesza kazdemu na szyj Kadak – szarfe, ktora ma dla Tybetanczykow bardzo glebokie znaczenie.

Nie musze dodawac, ze jestesmy wzruszeni. Zwlaszcza, ze wyraznie czuc, ze nie jest to tylko mechaniczne odbebnianie jakiego s starodawnego zwyczaju, tylko cos w co mieszkancy Siabru nadal zywo wierza, cos co nadal ma swoja wage i znaczenie.


*

A potem trafiamy na... parapetowe. Ludzie siedza na ziemi, pija rakszi, spiewaja swoje nepalsko-tybetanskie piesni, rozmawiaja, po pewnym czasie nawet jak mowia do siebie “Podaj mi kubek”, “Nie siegne, bo jest za daleko” , to nie mowia, tylko spiewaja. A wyglada to tak:




*

Rano Ciotka wrecza nam Kadaki, ktore przypinamy do plecakow, ladujemy sie do autobusu i tak konczy sie nasz pobyt w Siabru.

Razem z Zuza obiecujemy, ze wrocimy na Losar, ale chyba nikt nam nie wierzy, ze mowimy na serio...