sobota, 2 maja 2009

Delhi

13-19.03.2009

Delhi. Kazde duze miasto na samym poczatku przygniata swa nieogarnietoscia i zgielkiem.

Ucieczka przed riksiarzami, taksowkarzami i reszta naciagaczy, co najmniej kilka prob wypytania o droge i w koncu wkraczamy do dzielnicy waziutkich uliczek, tysiaca straganow, malych sklepikow i hotelikow. Miejsce to wyglada, jakby zostalo zbudowane zaraz po odzyskaniu niepodleglosci i odtad pozostawione samo sobie. Od czasu do czasu udaje mi sie dostrzec spod blota i smieci kawalek asfaltu – wspomnienie dawnej swietnosci.

Oto Pahar Ganj – glowny bazar miasta.

Pokoje kosztuja srednio 200-250 rupii, wiec mamy ambicje znalezc taki za 150. W koncu nam sie udaje. Hotelik ma klatke schodowa w ksztalcie spirali – tak waska, ze ledwo przeciskamy sie z naszymi plecakami (namiot szoruje jednoczesnie po lewej i prawej scianie).

Jeszcze nie wiemy, ze spedzimy w nim caly tydzien. Jeszcze mamy naiwna nadzieje, ze uda sie zlozyc wszystkie dokumenty potrzebne do wiz w ciagu dwoch dni i uciec z ochydnego, wielkiego miasta ;)

*
Gdy schodzimy na dol zalatwic formalnosci (po dwa dlugie formularze plus zdjecie, zeby moc wynajac pokoj...), spotykamy Jure – Rosjanina z Moskwy. Jako ze w naszym pokoju sa trzy lozka, proponujemy zeby sie do nas przeniosl. I tak oto nastepne trzy dni spedzamy razem.

Jura to dopiero jest przypadek... :) Jest szczegolnym rodzajem Wypasanca. Nie praktykuje medytacji, lecz narkotyzowanie sie. I rzeczywiscie - haszysz z LSD rozszerzaja mu percepcje ze hej. Niektore odkrycia, jak np to, ze banany mozna obierac na dwa rozne sposoby, na zawsze zmieniaja moje zycie...;) Ale trzeba mu przyznac, ze jest bardzo uwaznym obserwatorem i niezle rozgryzl Hindusow. Dzieki niemu chyba lepiej ich zrozumielismy. Zdradzil nam tez kilka sposobow, jak podejsc ich przy targowaniu, z czego Zuza skwapliwie korzysta ;)

Jura to pogodny chlopak, czesto powtarzajacy, ze jest szczesliwy. Ale z urywkow jego opowiesci mozna zbudowac sobie tez troche inny obraz... Corka, ktora zobaczyl tylko raz w zyciu, zupelnie zerwane wiezi z rodzicami, dziwne relacje z kobietami, codzienna harowa w firmie prawniczej i szukanie wytchnienia w chemii...

*
Wiekszosc czasu spedzamy w ambasadach (o tym w oddzielnym wpisie) albo tu, gdzie mieszkamy – na bazarze. Mozna tu pewnie spedzic dlugie tygodnie i codziennie spotykac cos nowego interesujacego.

Najbardziej charakterystyczna cecha Pahar Ganj jest tlok (czasem sami piesi sie nie mieszcza, a do pieszych trzeba dodac jeszcze riksze, tuk-tuki, samochody i krowy) oraz niekonczaca sie rzesza ludzi, ktorzy zaczepiaja cie po drodze. Glownie sa to sprzedawcy. „Toilet paper?”. „No, thanks”. „No? Why?????” – dziwia sie pelni oburzenia, jakby kupienie papieru byl obowiazkiem kazdego turysty. Czasem sa juz naprawde zdesperowani: (placzliwie) „Sir, what can I sell you???”, albo (wladczo) „Sir, I am here! Listen to me!” Czasem sa tez przebiegli... „Skad jestes? Dlugo w Indiach? Lubisz gory? Ja jestem z Kaszmiru, tam sa piekne gory... Chcesz zobaczyc zdjecia?” Nie, dziekuje, wiem ze zdjecia sa w twoim sklepie, gdzie bedziesz chcial mi sprzedac sto rzeczy, ktorych nie potrzebuje :)

Czasem po prostu chca pogadac, pocwiczyc angielski. Spotykamy takiego jednego. Wypytuje o rozne sprawy, na ustach usmiech, w oczach dozgonna przyjazn. Nagle jednak mina mu powazniej i bez slowa od nas ucieka... Niedaleko zatrzymaly sie trzy blond amerykanki – na pewno rozmowa bedzie ciekawsza :)

Zaczepiaja tez oczywiscie zebracy. Ale na ten temat nic ciekawego powiedziec chyba nie potrafie... Moze tyle, ze pierwszy raz w zyciu widze ludzi chorych na trad...

*
Nie sposob nie wspomniec tez o sklepikach. W indiach jest podobno bardzo niskie bezrobocie. Jak to mozliwe w tak przeludnionym i slabo rozwinietym kraju? Otoz po prostu prace, ktora moze wykonac jedna osoba, wykonuje osob kilka. I nie jest to rozwiazanie sztucznie narzucone, jak w komunizmie. Oni sami z siebie organizuja sobie zycie w ten sposob. Sa wiec np ludzie, ktorych jedynym obowiazkiem jest otwieranie/zamykanie drzwi. W najmniejszych sklepikach pracuje po kilka osob. Najfajniej widac to w sklepach z dywanami. Na podlodze siedzi zaturbaniony Sikh albo „bialy” hindus, wokol niego 3-4 „ciemnych” hindusow z nizszych kast i... siedza. Pija herbate, pala papierosy, rozmawiaja – po dywany rzadko ktos przychodzi. Ale prace ma 5 osob.

Lecz jesli pojdzie sie do bardziej ekskluzywnej dzielnicy, w sklepach towarow jest wiecej, a obslugi mniej. I widzi sie juz tylko ludzi o jasnej karnacji... I wszedzie czuc perfumy – co chwile ktos lata z flakonikiem i pieczolowicie spryskuje sklep i ulice przed sklepem.

A u nas, na Pahar Ganj, sprzedawcy lataja z miotelka – ciagle trzeba omiatac towary z wszedobylskiego pylu...

*
W tym miejscu mialo byc kilka historyjek ilustrujacych "dusze" Hindusow, ale uzupelnie ten fragment w przyszlosci. Inaczej nie wiem jak dlugo musialbym czekac z opublikowaniem tego wpisu ;)

W zamian - wiele mowiace zdjecie:


*
Oprocz Hindusow na uliczkach bazaru spotkac mozna oczywiscie takze bialych. Spotykamy m.in Arka (o ktorym pozniej), starego acz jurnego Greka, ktory zawsze ma jakas fajna opowiesc „co to nie on” oraz... Celine i Mathiasa! Szwajcarow, ktorych poznalismy na granicy Pakistansko-Indyjskiej. U nich nic nowego – wciaz stacjonuja na granicy i od 48 dni tocza heroiczna walke o pozwolenie na wjazd do Indii dla swoich osiolkow (dla odmiany po heroicznej walce o pozwolenie na wyjazd z Pakistanu). W miedzyczasie przyjezdzaja do Delhi udzielac wywiadow (tu tez powoli staja sie slawni;) i uderzac do coraz to wyzszych oficjeli. Niedlugo maja spotkac sie rzecznikiem prasowym premiera. Ale bez lapowki pewnie i tak nie da rady. Bo prawo to prawo – ktos sie zagapil i o zwierzetach jest wspomniane tylko w przepisach dot. ruchu morskiego i powietrznego. Moga wiec wwiezc te osiolki tylko statkiem albo samolotem. Tzn teraz nawet tego nie moga, bo nie wpuszcza ich juz z powrotem do Pakistanu. Paragraf 22 to pikus.

Razem z nimi, oraz spotkanymi pod ambasada Pakistanu Bernardem i Andrzejem, trzymamy sie razem do konca pobytu w Delhi.

Bernard jest Niemcem. Ktoregos dnia cos nam kupuje, a gdy chcemy oddac mu pieniadze, wykreca sie, wykreca, az w koncu mowi „To i tak nie moje pieniadze, tylko rzadu niemieckiego”. Bo Bernard jest na bezrobociu i co miesiac dostaje taki zasilek, ze glowa mala. To nic, ze od kilku miesiecy jest poza granicami kraju i ani mysli szukac roboty. Fajnie jest byc Niemcem :)

Andrzej jest korespondentem Tygodnika Powszechnego (i kazdego innej gazety i telewizji, jesli cos od niego chca;). Byl na wojnie na Sri Lance, a teraz wybiera sie do Pakistanu i Afganistanu pisac o Talibach. W Delhi tworzyl ten felieton. Jesli wydaje wam sie, ze mozna napisac lepszy, wezcie pod uwage, ze zawsze, gdy Andrzej chcial sie zabrac za pisanie, jakas niewidzialna sila wsadzala mu do reki flaszke whisky i przyprowadzala do rozowosciennego pokoju rodakow ;)


*
Owi rodacy to szczegolny przypadek na Pahar Ganj ;)

Dziewczyne najczesciej spotkac mozna, gdy robi uzytek ze swych zdolnosci kupieckich. Targuje sie bezwzglednie. Sprzedawcy bledna na jej widok, rwa sobie wlosy z bezsilnosci, wychodza na zaplecze brac srodki uspokajajace – na Zuzannie nie sa w stanie zarobic... Zuza za to blednie na widok indyjskiej bizuterii i niskich cen. Kto ja zna, ten zna jej umilowanie do badziewi. I ten nie zdziwi sie, ze do swojego bez mala 30kg bagazu nie wahala sie dorzucic 2,5kg koralikow :)

Gdzies niepodal Zuzy zazwyczaj przyuwazyc mozna brodatego chlopaka, spiewajacego na caly glos polskie piosenki religijne, które zapamietal z podstawowki. Ale nie pytajcie dlaczego to robi :) Mozna sie tylko domyslac, ze ma frajde z tego, ze moze tu robic cokolwiek, a i tak nikomu nie wyda sie to dziwne. Mozna wygladac i ubierac sie tak, jak ma sie ochote. Smieci mozna wyrzucac wszedzie, gdzie ma sie ochote. Sikac mozna prawie wszedzie, gdzie ma sie ochote. W pociagach wprowadzili zakaz palenia i co? Ktos nam opowiada, jak ludzie pobili konduktora, ktory chcial komus wlepic mandat za palenie. To nic, ze sami byli niepalacy – liczy sie wolnosc!

*
Raz poszlismy ogladac zabytki... Ilustracje jedynych ciekawych rzeczy ponizej:


Slynny meczet jakis tam. I dziad przed meczetem. Pilnuje zeby wszyscy zdejmowali buty. Wobec bialych wyrozumialy, ale wobec „swoich” raz uzyl tego kijka :)


Slynny Czerwony Fort. Fort nudny jak flaki z olejem, ale spacerujac wzdluz murow nagle zdajemy sobie sprawe, ze od kilku minut bylismy zupelnie sami – zadnych Hindusow dookola. Szczescie na naszych twarzach nie jest udawane ;)


Uliczny koncert


Na zblizeniu widac, jak skrajne emocje budzi muzyka...

*
Zostala jeszcze jedna rzecz do napisania - czuje sie w obowiazku ostrzec wszystkich przed zabieraniem do Indii czekow podroznych :)

Najpierw trzeba znalezc bank, ktory chociaz teoretycznie takie czeki realizuje. Wiem ze robi to Bank of India. Niestety znalezienie czegokolwiek w kilkunastomilionowym miescie, w ktorym domy nie maja numerow, jest naprawde trudne. GoogleMaps podpowiada mi przyblizone polozenie. Ale na miejscu zadni miejscowi nie maja pojecia o czym mowimy. Takze spedzamy mnostwo czasu w skrajnie wymeczajacej „dzielnicy finansowej” i nic z tego nie wychodzi...

Wracajac, znajdujemy przypadkiem oddzial Bank of India w zupelnie innym miejscu. Juz nieczynne. Ide wiec nastepnego dnia. Pani odsyla mnie do piwnicy. W piwnicy kilkanasie, moze kilkadziesiat biurek. Pan z wasami i mina wszechmogacego urzednika mowi, ze takich rzeczy tu nie robia. „Ale ja wiem, ze robicie”. Pan sie krzywi i mowi, ze w poniedzialki nie obsluguja operacji w obcych walutach. „Ale ja bardzo potrzebuje pieniedzy dzis”. ”Idz wiec na pietro do firmy X, oni ci to zalatwia”. Na pietrze okazuje sie, ze firma X zajmuje sie transportem i czekow podroznych nigdy na oczy nie widzieli...

Nastepnego dnia, wracajac z ambasady Iranu, trafiamy na glowny oddzial banku. Okazuje sie, ze pierwszego dnia bylismy zaledwie kilkanascie metrow od niego (coz, nawet ludzie, ktorzy dzien w dzien pracuja tuz obok, nie mieli pojecia ze ten bank tam jest :).

Probuje wiec szczescia. „Przykro mi, nie obslugujemy czekow podroznych”. „Wiem, ze obslugujecie – mozecie zadzwonic do American Express, to wam wytlumacza, ze obslugujecie”. „No dobrze, prosze usiasc”. Po pol godzinie wola mnie do siebie inny pan. Oczywiscie z wasami. Oglada te czeki, oglada... „Musze miec ksero paszportu, ale tu nie ma kserokopiarki, prosze przyjsc pozniej z kserowkami”. „Ale ja nie znam miasta, nie wiem gdzie moge to zrobic, na pewno sie zgubie. W takim wielkim, bogatym banku na pewno znajdzie sie jakas kopiarka...”. Pan wzdycha i wola mlodego chlopaka. Chlopak zabiera paszport i po 5 minutach wraca z kserowkami. Musze za nie zaplacic. Ale to nie koniec. Pan mowi, zebym teraz poszedl z tymi kserowkami do pobliskiego kantoru i tam wymienil, bo to kantor wspolpracujacy z bankiem. „Ale ja nie wiem, gdzie to jest. I tam pewnie odesla mnie z powrotem tutaj. Prosze zalatwic to od reki”. Odpowiedzia jest krecenie glowa i patrzenie w sufit z mina „nic nie poradze”... Wiec powtarzam to samo jeszcze raz. Potem powtarzam to samo jeszcze raz... Cierpliwie i spokojnie... I jeszcze raz...

Pracownicy banku zaczynaja baczniej przygladac sie mojej glowie. Tak moi drodzy, to aureola...

W koncu pan wzdycha, wola kolegow i biora sie do roboty. Nie wiem ile formularzy trzeba wypelnic i podstemplowac, ale trzem osobom zajmuje to jakies 20 minut. W koncu dostaje gruby plik banknotow. Nie dolarow. Rupii... Ale jestem juz tak zmeczony, ze macham na to reka – grunt ze mam pieniadze.

*
Co moge napisac na koniec? Delhi okazalo sie jednk nie takie straszne. Tu tez lubilem byc :)

6 komentarzy:

Arthur pisze...

Chciałem podziękować za pocztówkę :))

Pozdrawiam,

Hiszpan

Paulinka pisze...

Do mnie też doszła pocztówka! Jest śliczna!!! :) Dzięki, Zuza.

Buziaki.

korko_czong pisze...

Będzie ciąg dalszy?

gonzo289 pisze...

Zapraszam wszystkich zainteresowanych stopowanie na forum www.autostopik.pl
Obecnie zbieramy ludzi na mega wyprawę- Sylwester 2011 w Barcelonie autostopem:)
www.sylwester.autostopik.pl

Marysia Bloggerka pisze...

Bardzo urocze miejsce :*
Proszę wejdź na mojego bloga o podróżach : http://podroz-przez-caly-swiat.blogspot.com/
Pisze o podróżach również
Jak ci się spodoba zostań obserwatorem
Pozdrawiam
Marysia

Leia pisze...

Jak chciałabym pojechać w jakąś podróż ale niestety nie mogę sobie na to za bardzo pozowolić. Jestem w trakcie programowania nowego programu, to ma być coś jak darmowy program pit 2013, ale jeszcze nie obmyśliłam dokładnie jak to ma wyglądać.