poniedziałek, 6 kwietnia 2009

Nadal w Tybetanskiej rodzinie, juz wszyscy razem

18-20.02.2009

Wieczorem idziemy znow na skaly, przywitac Zuze i Wojtka. Nikt jednak nie nadchodzi. W koncu, gdy juz wstajemy i chcemy wracac, po drugiej stronie doliny zaczynaja majaczyc znajome sylwetki.

Buchung rzuca sie pedem do przodu, ale w druga strone niz jest most... A co tam, biegne za nim. Przedzieramy sie przez trawy, krzaki i nagle dopadamy do miejsca, gdzie rzeka zawalona jest wielkimi glazami. Buchung w pelnym pedzie wskakuje na nie i chce sie w ten sposob przedostac na druga strone. No a ja za nim... Normalnie, gdybym zobaczyl, ze nastepna skala jest poltora metra nizej, dzieli mnie od niej metr przepasci, a 3 metry nizej szumi rzeka, to bym zawrocil, ale w tym pedzie nie bardzo mam kiedy i po prostu skacze. I tak kilka razy. Dobrze, ze Buchung jest kumaty i raz w odpowiednim czasie sie odwrocil i zlapal mnie za reke :)

W kazdym razie fajnie bylo sie znowu spotkac i to cale 5 minut wczesniej, niz gdybysmy przeszli powoli przez most.

Ciotka przyjmuje ich w domu, jak dawno nie widziana rodzine – mowi “No, to teraz wszystkie dzieci w komplecie” (przynajmniej wg Buchunga). A oto Ciotka w pelnej krasie:


Kobiety w Nepalu czesza sie publicznie, najczesciej na ulicy przed domem. Publicznie sie tez myja, szczegolnie wlosy. Natomiast mezczyzni, jesli chca sie umyc (raczej nie zdarza sie to czesto), szukaja jakiegos miejsca odosobnienia. No chyba ze chodzi o mycie zebow - na mycie zebow wychodzi sie na zewnatrz niezaleznie od plci (nie tylko w Siabru, w Katmandu takze jest to czesty widok).

*

Wieczorem idziemy do domu Wujka, do ktorego przeniosla sie fabryka ciastek. Dowiadujemy sie, ze od smierci zony Wujek cierpi na straszne bole zoladka i w ogole nie moze jesc. I prosi nas o lekarstwa (bo wiadomo – europejczycy maja lekarstwo na wszystko...). Na 100% jestesmy przekonani, ze to reakcja psychosomatyczna (zona umarla na raka ktoregos z narzadow w okolicy brzucha) z jednej strony, a z drugiej – efekt ostrego naduzywania rakszi...

Dajemy mu wiec wegiel i mieszanke soli mineralnych na odwodnienie, mowiac ze to na pewno pomoze, jesli tylko nie bedzie pil rakszi... Zuza naprawde niezle sie wczuwa w role pielegniarki ;)

Wujek drugi od lewej

*

W nocy okazuje sie, ze jednak nie mam zelaznego zoladka. Oddaje naturze cale wczorajsze pozywienie wszystkimi mozliwymi drogami. W dodatku zabraklo papieru toaletowego i musze przerzucic sie na system azjatycki, tzn korzystac z kubelka z lodowata woda stojacego w kazdej toalecie.

Wlasciwie to biorac pod uwage, ze przez cala droge jadlem praktycznie wszystko, wliczajac w to zarcie z przydroznych straganow (tylko wode pijemy zawsze butelkowana, albo odkazona chlorem), a rece mylem z rzadka, bo i rzadko byla mozliwosc, to i tak niezle, ze dopadlo mnie dopiero teraz (pewnie po kilkunastu kubkach wczorajszej rakszi pomieszanej z herbata z mlekiem...).

Wieczorem probuje powiedziec po tybetansku “dobry wieczor”. Podobno wyszlo mi “I am toilet-man”. No to nie dziwie sie im, ze prawie popekali ze smiechu... :)

Na tym zdjeciu najwazniejszy jest podziw na twarzy Wojtka. Gdy pil to samo lekarstwo kilka dni wczesniej, w polowie prawie zwymiotowal.

*

Nastepny dzien spedzamy na probach dowiedzenia sie, co sie dzieje z autobusem do Kathmandu . Przypadek autobusu jest typowy dla Nepalu. Nikt nic nie wie, ale kazdy udaje ze wie. Dzis i jutro slyszymy m.in, ze autobusu nie ma bo sa strajki, bo zepsul sie na wybojach i musza go naprawic, bo zepsul sie na przejechanym czlowieku i musza go naprawic, bo jakis zupelnie inny autobus przejechal czlowieka i policja zakazala jazdy wszystkim nepalskim autobusom, dopoki nie sprawdzxa stanu technicznego wszystkich nepalskich autobusow, ze bedzie dzisiaj tylko pozniej, ze bedzie jutro rano, ze nie nie bedzie go przez kilka dni...

Takze mozna tylko czekac, co oczywiscie robimy. Np na sianie:


*

Im dluzej czekamy, tym czesciej... rozmawiamy o polskim jedzeniu. Mozemy robic to bez konca. Kazde z nas potrafi sie dlugie minuty, a czasem kwadranse zamyslic nad schabowym/sernikiem/kanapkami z serem itp itd... :) Ale jak przez ponad tydzien jadlo sie codziennie kaszke z miodem i zupy w proszku, a potem prawie tylko ryz w roznych postaciach, to nie ma sie czemu dziwic.

Razu pewnego kupujemy kurczaka. Buchung sieka go maczetopodobnym nozem na drobna kostke. W calosci. Nie ma mowy o oddzielaniu piersi, udek itd. No i potem jemy... Czastki kurczaka skladaja sie w 80% z chrzastek, kosci, skory i tluszczu. Poprzestaje na wydlubaniu miesa, no i niegrzecznie zostawiam kupke niedojedzonych chrzastek na talerzu. Co na to Buchung? Pyta czy juz skonczylem. Gdy upewnil sie, ze tak, po prostu lapie te resztki i zaczyna po kolei chrupac. Chrupie, chrupie, az w koncu nic nie zostaje na talerzu...

*

Dobra wiadomosc z nastepnego poranka: jednak mam zelazny zoladek i juz jestem zdrowy.
Jest tez zla wiadomosc: na to samo zachorowala Zuza (jeszcze gorsza wiadomosc jest taka, ze nie przejdzie jej to przez wiele, wiele, wiele dni...)

I dobra wiadomosc: pojawil sie autobus

I zla wiadomosc: gdy juz sie wygodnie zapakowalismy, okazuje sie, ze nie pojedzie – tym razem podobno deszcz uszkodzil drogi i w calym okregu ruch jest zakazany. Ale jutro ma pojechac na 100%.

I szale zwyciestwa na strone dobra przechyla Wujek. Okazuje sie, ze efekt placebo to nie mit! Wujek lyka wegle, nie pije rakszi, je za dwoch i ma sie dobrze :)

*

Wieczorem idziemy sie pozegnac. Najpierw do Wujka. Okazuje sie, ze nie bedzie to jednak zwykle pozegnanie. Bedzie to pozegnanie rytualne.

Wujek wygrzebuje sie spod koca, bo juz spal, potem spala wokol nas kadzidlo, rozsypuje cos wokol oltarzyka, kazdego po kolei blogoslawi, wcierajac maslo jaka we wlosy, a nastepnie zawiesza kazdemu na szyj Kadak – szarfe, ktora ma dla Tybetanczykow bardzo glebokie znaczenie.

Nie musze dodawac, ze jestesmy wzruszeni. Zwlaszcza, ze wyraznie czuc, ze nie jest to tylko mechaniczne odbebnianie jakiego s starodawnego zwyczaju, tylko cos w co mieszkancy Siabru nadal zywo wierza, cos co nadal ma swoja wage i znaczenie.


*

A potem trafiamy na... parapetowe. Ludzie siedza na ziemi, pija rakszi, spiewaja swoje nepalsko-tybetanskie piesni, rozmawiaja, po pewnym czasie nawet jak mowia do siebie “Podaj mi kubek”, “Nie siegne, bo jest za daleko” , to nie mowia, tylko spiewaja. A wyglada to tak:




*

Rano Ciotka wrecza nam Kadaki, ktore przypinamy do plecakow, ladujemy sie do autobusu i tak konczy sie nasz pobyt w Siabru.

Razem z Zuza obiecujemy, ze wrocimy na Losar, ale chyba nikt nam nie wierzy, ze mowimy na serio...

sobota, 4 kwietnia 2009

W tybetanskiej rodzinie

Jesli nie chcesz czytac nowych wpisow od konca – kliknij tutaj (dla mniej zaawansowanych: potem trzeba kliknac "nowszy post" na dole)

16.02.2009-18.02.2009

Siedze sobie na murku i obserwuje. Siabru, chociaz jest zwykla wioska, wydaje mi sie po powrocie z gor gwarna metropolia. Az nie chce mi sie myslec, co bedzie w Kathmandu.

Siedze i czekam.

Po jakims czasie nadchodzi Buchung – chlopak, ktorego poznalismy 2 tygodnie temu. Pierwsze co robi, to pyta, gdzie Zuza. Potem dodaje, ze przez czas, gdy nas (Zuzy) nie bylo, byl bardzo smutny i ciagle tesknil. Mowie mu, ze niedlugo powinni przyjsc, bo umowilismy sie dzisiaj wieczorem w Siabru. Slyszac to, Buchung znika w domu i po ok pol godziny wychodzi w koszuli, bajeranckiej dzinsowej kurtce, z nazelowanymi wlosami.

Siedzimy i czekamy.

Siedzimy i czekamy.

W koncu Buchung mowi: “Chodz do domu mojej ciotki”. No to idziemy. Dom sklada sie z duzej kuchni, gdzie spi Buchung i pokoju, gdzie spi ciotka. Chlopak zostawia mnie i idzie zalatwic jakies swoje sprawy.

Dom w srodku wyglada tak (potem okazało się, że jest na najnowocześniejszy dom w wiosce):






A to dumna gospodyni tego domu ;)

*

Gdy Buchung wraca, idziemy na punkt widokowy, wypatrywac Zuzy i Wojtka. Myslalem ze wyjdziemy zaraz za wioske, ale nie... chlopak zasuwa pod gore, zasuwa, az zatrzymujemy sie dopiero wysoko na skale, z widokiem na sciezki po obu stronach doliny. Nie musze dodawac, jak trudno nadazyc za stesknionym tybetanczykiem... Czekamy do zapadniecia nocnych ciemnosci, ale nikt nie nadchodzi.

*

A potem... idziemy na lekcje angielskiego. Buchung wystepuje w roli nauczyciela. Dzisiaj uczy dwie mlode kobiety alfabetu. Po jakims czasie ja rowniez zostaje nauczycielem – udaje mi sie wprowadzic do alfabetu litere K, ktora gdzies umknela chlopakowi oraz nauczyc dziewczyny wymowy F (strasznie slinogenna litera dla miejscowych) oraz roznicy miedzy I i Y. Normalnie czuje sie jak Silaczka Zeromskiego ;)


*

Nastepnego dnia Buchung ze swoim przyjacielem ida w gore doliny zaczekac na Zuze i Wojtka. Jesli ich nie spotkaja, nastepnego dnia ja wyrusze i jak trzeba bedzie to wroce z powrotem do Kangyen Gompa.

*

Tymczasem zostaje sam i ide na rekonesans wioski. Ciekawostka: mieszka tu najwyzej z 500 osob, a sa bardzo wyraznie wyodrebnione dzielnice. Najwyzej znajduje sie tzw Bazar – najbardziej gwarna czesc z hotelami, sklepikami itp. Ponizej jest dzielnica urzednicza ze szpitalem, domem kultury, posterunkiem strazy parku narodowego oraz dzielnica “robotnicza” – z malymi ubogimi chatkami oraz mezczyznami, ktorzy tylko siedza i pala albo gadaja (na Bazarze wszyscy krzataja sie przy jakiejsc swojej robocie). Tutaj znajduje sie takze “punkt zaladunku” tragarzy . No i po drugiej stronie rzeki jest nasza dzielnica “tybetanska”. Gdy tu wrocilem po spacerze, poczulem sie jak w domu – po tamtej stronie rzeki ludzie albo Cie w ogole nie widza, albo cos od ciebie chca, natomiast tutaj kazdy przyjaznie usmiecha sie na przywitanie. Niby nic, a czlowiek sie zupelnie inaczej czuje.

Wlasciwie to okreslenie “tybetanska” jest bardzo nieprecyzyjne. Rzeczywiscie wiekszosc mieszkancow to potomkowie uchodzcow z Tybetu, ale kultura i jezyk sa tak wymieszane z miejscowymi, ze wlasciwie stanowia juz nowa jakosc. Np miedzy soba prowadza rozmowy uzywajac w jednym zdaniu slow tybetanskich, nepalskich i tamanskich (Tamangowie to plemie, ktore pierwotnie zamieszkiwalo te tereny).

*

Po poludniu ide na skale czekac na chlopakow oraz Zuze i Wojtka. Po ok 2h pojawiaja sie tylko chlopaki. Wracamy do domu lekko markotni. Mam nadzieje, ze po prostu postanowili uderzyc jeszczze raz ma Ganja La i nic sie nie stalo powaznego.

A w domu... Ciotka wrecza mi pozaginana kartke papieru sklejona plastrami. Okazuje sie, ze tragarz przyniosl list od Zuzy – pisze, ze Wojtek chorowal dluzej niz ktokolwiek sie spodziewal, ale ze jutro juz beda w Siabru.

*

Potem idziemy do domu Dolmy. Pierwszy raz zaglebiam sie we wnetrze prawdziwego wielopokoleniowego nepalskiego domu z podworzem itd. Siadamy na klepisku w malej komorce, w ktorej urzadzona jest kuchnia - tzn stoi maly gliniany piec a na scianach sa polki z talerzami, sloikami itp.

Trudno opisac, czemu czuje sie wsrod tych ludzi tak dobrze (na razie mam na mysli dom Ciotki i Dolmy). Moze troche przez kontrast – dotychczas mialem do czynienia z miejscowymi glownie albo na zasadzie klient-uslugodawca, albo jako ciekawostka z Europy i bezplatna pomoc do nauki jezyka (czego doswiadcze znowu nastepnego dnia spacerujac po Siabru). A tu jestem traktowany oczywiscie jak gosc, wszyscy wydaja sie bardzo cieszyc z mojej obecnosci, ale przy okazji traktuja mnie bardzo naturalnie, troche jak czlonka rodziny. Poza tym sa po prostu fantastycznymi ludzmi - spokojnymi i pelnymi szacunku do siebie nawzajem, a przy tym niezwykle radosnymi (taka generalna refleksja - nepalczycy to sa najczesciej smiejacy sie ludzie, jakich spotkalem i nie jest to tylko moja opinia).

Po jakims czasie do wszystkich zgromadzonych w kuchni dolacza maz Dolmy - miejscowy lama. Oczywiscie w ramach nawiazania przyjazni wypijamy rakszi. Pierwszy raz mnie po niej nie wykreca - Dolma zna sie na swojej robocie :)


Dolma, jej maz i Buchung

*

A rakszi robi sie tak: podsmaza sie na patelni maslo jaka, z mina szamanki wrzuca sie tam garsc suszonych ziol, a potem zalewa samogonem. Herbate natomiast robi sie tak: wrzuca sie do tuby maslo z jaka (juz wiem do czego sluzy ta tuba) i ubija tluczkiem. Potem dosypuje sie soli, dolewa herbate z mlekiem i znowu ubija. Dolewa herbate i ubija. Az napoj zrobi sie jednolity. Slona herbata to dosc dziwne doswiadczenie, ale trzeba jej przyznac, ze jest nieswykle sycaca. Herbate z mlekiem robi sie tak: wsypuje sie do garnka herbate, cukier, dolewa sie wody i mleka i gotuje wszystko razem. Wychodzi 100 razy lepsze niz polska “bawarka”.

*

W drodze powrotnej Buchung za polowe pieniedzy, ktore dala mu ciotka, kupuje 2 papierosy. Palimy na murku, rozmawiajac o malzenstwach, milosci itp. Rozmowa nie jest specjalnie gleboka (chlopak ma tylko 20 lat, a jak sie pozniej przekonam czasem zachowuje sie jakby mial 15), ale i tak biorac pod uwage roznice kulturowe, olbrzymia bariere jezykowa i fakt ze znamy sie od wczoraj jest to rozmowa niezwykla.
Tak wiec palimy, gadamy, potem wchodzimy do kuchni, rzucamy bluzy na krzeslo, odpinamy paski, zdejmujemy spodnie, ladujemy sie pod koce i po 30 sek zasypiamy. Uwielbiam takie proste zycie :)

*

Nastepny dzien mija na przygotowaniu ciastek na Losar, czyli tybetanski nowy rok. Cala rodzina zbiera sie w jednym z domow i od rana do wieczora oddaje sie wyrabianiu i wypiekaniu. A ja caly dzien wyrabiam i wypiekam razem z nimi i juz zupelnie nie czuje sie jak turysta, tylko czlonek rodziny (oczywiscie bez przesady, ale naprawde coraz bardziej tak sie czuje ;).

Kilkunastu mezczyzn i chlopcow (oraz 2 nastolatki) siada na podlodze, najpierw wyrabia ciasto w wielkich misach, potem bierze na kolana deski i na tych deskach roluje dlugie, cienkie walki i formuje z nich finezyjnie pozawijane “sziro” lub “solma”. Musza byc zawiniete wg konretnego wzoru bez zadnych odstepstw (ciagle mnie poprawiaja), chociaz potem i tak nie ma to zadnego znaczenia, bo do jedzenia od razu lamie sie ja na wiele malych kawalkow.



W tym czasie kobiety podaja herbate, rakszi (polewaja tylko 2 najstarszym facetom i mnie – czy ja mam alkoholizm wypisany na twarzy, czy co?), obiad, potem drugi obiad, potem znowu herbate, znowu rakszi i tak w kolko.

A wokol lata niezliczona ilosc dzieciakow i ciagle chca, zeby robic im zdjecia.




Najbardziej kiczowato-pozowane zdjecie swiata ;) Dobrze, ze mieli pod reka tylko mloda koze. Wole nie myslec, co bym musial dzwigac, gdyby akurat im sie jaki ocielily (ojaczyly?) :)

*

Panuje niezwykle wesola atmosfera. Tybetanczycy jak to Tybetanczycy (przynajmniej nepalscy) ciagle zartuja, przekomarzaja sie, spiewaja, obrzucaja sie kawalkami ciasta – jednym slowem naprawde ciesza sie tym nadchodzacym swietem.

Ale jak to u Tybetanczykow (przynajmniej nepalskich), radosc przeplata sie ze smutkiem. I to bez zadnych znakow ostrzegawczych. Co chwila jedno plynnie przechodzi w drugie, albo raczej istnieja rownolegle.

Dolma glosno sie smieje. Po chwili smiech przeradza sie w kaszel. Gwaltowny, ciezki, parszywy kaszel. Buchung mowi, ze ma astme i zadko kiedy stac ja na lekarstwa. Dolma z grymasem bolu wychodzi na zewnatrz i dopiero tam kaszel sie uspokaja. Wraca smiejac sie i komentujac zart, ktory ja wczesniej rozsmieszyl.

Jakis czas potem rozmawiamy z Wujkiem (podobno jest nastarsza osoba w wiosce, a ma dopiero 58 lat). Wujek jest przeslodka osoba, prawie nie mowi po angielsku, ale i tak ma wzystko wypisane na twarzy. Opowiada wesolo (Buchung tlumaczy) o wypasaniu krow i o swojej corce, ktora mieszka w Niemczech. Nagle Wujkowi zaczynaja sie zbierac lzy w oczach i normalnie zaczyna plakac... Buchung tlumaczy mi, ze przypomniala mu sie zona, ktora umarla kilka miesiecy wczesniej. Bedzie to pierwszy Losar bez niej. Wujek mowi, ze teraz sam tez chcialby umrzec. Pokazuje mi oltarzyk z jej zdjeciami. Robie zdjecia tym zdjeciom, co poczytuja jako oddanie szacunku zmarlej...

Pozniej rozmawiam ze starszym bratem Buchunga. Wypytuje mnie o Polske, zartuje czy go nie zabiore ze soba do Warszawy. Rozmawiamy tak sobie beztrosko (jest jedna z 2 osob po tybetanskiej stronie rzeki, ktore opanowaly komunikatywny angielski) i sam nie wiem kiedy rozmowa przechodzi w przygnebiajaca opowiesc o totalnym braku perspektyw na robote w Siabru i okolicach, o tym jak pracowal kiedys w makabrycznych warunkach na jakichs malezyjskich kutrach... Potem po prostu rozesmial sie, rzucil zart i wrocil do krecenia ciasta.

Powrot z Kangyen Gompa

14.02.2009 – 16.02.2009

W nocy Wojtka atakuje jakas parszywa zaraza zoladkowa. Niestety przekresla to kolejna wyprawe na Ganja La. Wojtek wyciaga wiec niespodzianke, ktora miala czekac z otwarciem na zdobycie przeleczy – wielka bomboniere z czekoladkami Lindta – chlopak caly czas nosil to ze soba. Zatem Wojciech zostaje i sie leczy, Zu wyrusza do Langshisha Kharka (tam gdzie ja bylem wczoraj), a ja nie mam na gorze juz nic do roboty, wiec schodze na dol. Umawiamy sie za dwa dni wieczorem w jednej z przydroznych chatek lub za trzy dni wieczorem juz na dole, w Siabru Bensi w OK Hotelu.

*

Przed wyjsciem oddaje gospodarzowi moje supercieple, oddychajace, filtrujace i w ogole inteligentne skarpety. W zamian otrzymuje pierozki momo na sniadanie :) Przy okazji przypomina mi sie jak przed wyjazdem zainteresowalem sie, jakiz to sprzet turystyczny powinienem teoretycznie posiadac przed wyprawa w gory. Naczytalem sie w internecie o softshellach, hardshelach i innych kosmicznych membranach, o ludziach ktorzy zabieraja inny zestaw odziezy na marsz, a inny na odpoczynek - no i zaczalem sie zastanawiac jak to jest, ze kiedys facet zakladal barani kozuch i po prostu szedl w te gory i jakos dawal rade. Wiec koncu z kosmicznych ciuchow kupilem tylko te skarpetki.

I okazuje sie, ze w zupelnosci wystarcza zwykly polar, w ktorym na codzien latam po Warszawie, jedna cienka przeciwwiatrowo-deszczowa kurtka (ktora kolo goretexu nawet nie lezala), zwykle skorzane buty za 250zl, jedna para dzinsow (w Kathmandu zmieklem i dokupilem jeszcze spodnie antysniegowe, ale ani razu ich nie uzylem ;), nawet nie byly konieczne zadne puchowe spiwory - wystarczyl zwykly z optimum 0-10 stopni oraz dokupiony w Kathmandu cieniutki worek na cialo, w ktorym sie do spiwora wchodzi (a potem mozna w nim sypiac w upalne indyjskie noce – przypis z pozniej).

Z gadzetow polecam tylko termoaktywna, “oddychajaca” bielizne. Jest nieoceniona na nocne przymrozki, a w dzien zastepuje dowolna ilosc t-shirtow (bo blyskawicznie wysycha po przepoceniu/upraniu). Dziekuje dobrym ludziom, ktorzy mi sprezentowali takowa przed wyjazdem ;)

*

3 obrazki z drogi.

Obrazek 1. Schodze droga idac bardzo stromo w dol, do koryta potoku, i nagle z naprzeciwka nadjezdza moze osmioletni chlopak z plecakiem. A wlasciwie to galopuje, bo jedzie na koniu. Kon jest malutki, ale w porownaniu z tym chlopaczkiem wyglada na olbrzyma. Oczami wyobrazni widze siebie, jak w pierwszej klasie prosze rodzicow: Moge jezdzic do szkoly na konikuuu? Mogeeee? – czysta abstrakcja.

Obrazek 2. Miejscowi tragarze wnoszacy na plecach gigantyczne pakunki (nawet i 100 kg – podobno za taki jeden kurs dostaja 300 rupii, czyli ok 4 dolary). Spojrzcie na te wychudzone nogi:





Obrazek 3. Maszeruje z gorki calkiem dziarsko i nagle slysze gwizd z tylu. Zanim sie odwrocilem, mija mnie dzierski 70-latek obladowany buklakami. Smieja sie do mnie i doslownie sfuwa w dol po kamieniach niczym kozica (pachnie podobnie) i po chwili niknie mi z oczu. Komentarz co do kondycji miejscowych jest chyba zbedny.

*

Schodzac, w ciagu jednej doby, zmienia sie klimat i przyroda wokol. Jednego dnia rano budzi sie nie tylko w spiworze, ale i w swetrze, wokol widzi sie nagie skaly, suche zolte trawy i wlochate jaki. Drugiego dnia rano sweter zaklada sie dopiero po wyjsciu ze spiwora, a wokol zielone drzewa i hasajace malpy.





Najpiekniej jest oczywiscie o wschodzie i zachodzie slonca. Dolina jest tu bardzo wasko i blask wschodzacego slonca jest jak powolne tsunami wlewajace sie do srodka – szczegolnie spektakularnie wyglada to na zakretach:



Natomiast wieczorem niezwyklym momentem jest chwila, gdy jest juz na tyke ciemno ze widac ksiezyc i gwiazdy, natomiast czapy sniezne na szczytach gor odbijaja jeszcze resztki swiatla slonecznego – zarza sie jakby byly podswietlane od srodka, odcinajac sie od skal spowitych juz w zupelnym mroku.

*

Pierwszy wieczor spedzam w guesthousowym dinning roomie przy piecyku, swiecach, ryzu i szydelkujacych tybetankach. Razem ze Szwedami (dogonilem ich po drodze), starym Niemcem i gadatliwym Anglikiem. Anglik snuje niekonczace sie opowiesci o swoich podrozach i przygodach. Zabawne – tyle juz sie takich historii nasluchalem, ze pomimo iz sa naprawde ciekawe, to wszystkie zaczynaja mi sie wydawac podobne i po prostu nudne. Co jakis czas pytam Olofa, o czym, rozmawiaja w swoim germanskim towarzystwie. O eutanazji oraz przewadze jednych kremow do opalania nad innymi… Takze jak widzicie, nawet wieczory w tak niezwyklym miejscu, w towarzystwie takich obierzyswiatow, potrafia byc nudne. Szybko sie wiec zawijam do swojego pokoju. Samotnosc po 1,5 miesiaca przebywania non-stop w czyims towarzystwie jest naprawde bezcenna.

*

Drugi wieczor. Obok siebie stoja 2 guesthouse’y. W jednym zatrzymalo sie 2 wlochow, a w drugim nikt. W pierwszym odruchu chce isc tam, gdzie bedzie jakies towarzystwo, ale zaraz mysle sobie – czemu jedna kobita ma zarobic na 3 turystach, a druga na zadnym? :) (poza tym patrz akapit powyzej)

Odpoczywam chwile w pokoju i schodze na dol na obiad. W dinning roomie ciemno, bo szkoda pradu i opalu na jednego goscia. Zostaje zaproszony do izby gospodyni, czyli kuchni z lozkiem.

W izbie jest ciemno – troche swiatla daje drewno palace sie w piecu i dwie swieczki stojace w katach. W izbie oprocz krzatajacej sie gospodyni siedza jeszcze 4 osoby – rodzina. W tym swietle prawie nie widze ich twarzy, oczywiscie nie rozumiem tez o czym mowia (2 proby zagajenia po angielsku okazuja sie porazka). Takze atmosfera jest lekko tajemnicza.

Jeden z mezczyzn wyjmuje z torby swiete obrazki z budda. Wszyscy bardzo zywo je komentuja – widac ze maja dla nich duze znaczenie. Ale nie mam pojecia czy sa to jakies religijne dyskusje, czy rozmowa w stylu “spojrz jaki piekny kolor ust ma ten Budda” (tybetanski i nepalski Budda ma umalowane usta i przekrwione oczy...)... Po chwili z tej samej torby wylaniaja sie kolorowe wloczki, rozance i koraliki. Tez wzbudzaja wielkie zainteresowanie. Gospodyni podaje mi jeden z koralikow, mowiac: Daramsala, Dalaj Lama, Daramsala, Dalaj Lama (Zatem wyjasnia sie zainteresowanie rodziny skarbami z torby. Trzeba tu dodac, ze wyprawa stad do Daramsali w Indiach, to naprawde wielka ekspedycja). Po chwili pokazuje mi zebym polknal ten koralik. Hmm, dziwne maja tu zwyczaje... Ogladam koralik w tym polmroku i dochodze do wniosku ze to jednak cukierek. Cukierki od Dalaj Lamy sa paskudne.

Siedze wiec sobie na zydlu, obserwuje wieczorne zycie tybetansko-nepalskich gorali i probuje cos zrozumiec. Czym zajmuja sie ludzie spedzajacy kolejny wieczor w ciemnej kuchni? Jakie stosunki panuja miedzy czlonkami rodziny? Czy wszyscy beda tu spac? Gdzie sie zmieszcza? Czemu gospodyni zaczyna nagle ubijac maslo w tubie? Co za ziol dodaje do rakszi (miejscowy samogon) i czemu ja smazy przed podaniem?
Na koniec gospodyni podaje mi to rakszi. Cienie tancza na pomarszczonej twarzy, nadajac jej wyglad zlowrozbnej cyganki. “Very strong, verrry strong, gooood sleeep”.

Sen byl rzeczywiscie dobry.

*

Nastepnego dnia czekam do wczesnego popoludnia na moja ekipe. W miedzyczasie odkrywam gorace zrodlo. Umyc sie (wlasciwie to tylko oplukac) w goracym zrodle, na wysokosci ponad 2000m, po dokladnie 14 dniach od ostatniej kapieli – przyjemnosc jedyna w swoim rodzaju. Nawet jesli zrodelko jest tak naprawde tylko malutkim cuchnacym bajorkiem :)

Nie moge sie doczekac, wiec ide dalej. O 16 siadam w Siabru Bensi przed OK Hotelem, z ktorego wyruszylismy 5 lutego.

Nastepne dni beda bardzo obfite w nowe wrazenia.

Witam ;)

Witam po dlugiej przerwie :) Mam caly notes notatek do ubrania w slowa i wklepania na bloga, i w koncu czas, zeby to zrobic (choc na pewno nie za jednym zamachem). Zuza troche zdradzila zakonczenie historii, ale mam nadzieje, ze i tak bedzie w miare ciekawie.

Dla przypomnienia, zakonczylem opowiesc tutaj :)

środa, 1 kwietnia 2009

oficjalne wiesci - miesiac dluzej w Indiach

Tak, wiec, zgodnie z powyzszym tytulem. Nie bylo to pewne do ostatniej chwili, wiec nic nie pisalismy. Ale teraz juz stalo sie rzeczywistoscia - zostajemy miesiac dluzej w Indiach, a konkretnie kolo Dahramsali w niewielkiej wiosce Fatehpur, gdzie bedziemy uczyc angielskiego Tybetanczykow. Mamy pokoj z widokiem na osniezone Himalaje... chyba nie wymaga to komentarza...:):):)

Wiecej wiesci pojawi sie mam nadzieje neidlugo (na temat ostatniego czasu naszej podrozy), widzialam, ze Michal pisal juz cos wczoraj na komputerze. A i ja sie postaram.