środa, 14 stycznia 2009

Bułgaria, Turcja

12.01.2009

W pociągu przeżywam koszmar. Jest ze 40 stopni ciepła i zerowa wilgotność. Natomiast na korytarzu jest tak zimno, że wolę nie wychodzić. Co jakiś czas zapadam w niespokojny sen, ale wyspać się nie da. Nagle budzę się z myślą o budziku i że chyba już dojeżdżamy… Jest za 20 piąta, dojechać mamy na piątą. Budzę Zuzę i powoli, jak na zjeździe heroinowym zaczynamy się szykować. Nagle stajemy na stacji…
- To Dmitrograd!
- Jezu! Wysiadamy!
Pakujemy się w panice. Nici ze zmiany skarpetek, umycia zębów itd. Myślę sobie, ze dobrze byłoby zakrzyknąć na konduktora, żeby wstrzymał pociąg. Ledwo przechodzi mi to przez głowę, do przedziału wchodzi konduktor, młodziutki chłopak w okularach:
- Do you speak English? – łał, mówi po angielsku.
- Yes, we have to get out now! – konduktor jednak stoi nieporuszony i uśmiecha się uśmiechem Mona Lizy.
- Swilengrad? I will check. – Skąd on wie o Swilengradzie?????? – 7:38 – Super, czyli za półtorej godziny, ale skąd on wie??
- Swilengrad - kill yourself – dodaje za chwilę.
- ????? Why????
- Yes. – kończy rozmowę z miną wyroczni delfickiej.
- But why???
- Yeeees…. – i znika…
Za jakiś czas Zuza orientuje się, że zapomniała karimaty. Pociąg jeszcze stoi, ale w przedziale dla konduktorów siedzi zupełnie inny facet… Mara senna? Przepowiednia? Klątwa? – Czekamy…



Na stacyjce w Dmitrogradzie stara stareńka cyganka i dwoje dzieciaków. Ubrani byle jak, zimno im jak diabli. My też marzniemy, robimy sobie zupę, ale nie rozgrzewa na długo, zaczynamy więc podskakiwać itd. Cyganka śmieje się i coś tam komentuje – widzi, że chociaż obcy, to w jakiś sposób swoi. Po jakimś czasie Zuza ma dość i wyjmuje swoją wielką puchową „ogrzeję wszystko i zawsze” kurtę. Mina cyganki tężeje i taka zostaje już do końca…


Potem pociąg do Swilengradu (w cieple, ale już cywilizowanym, zasypiamy po minucie), jazda trwa godzinę. Tam znów rezygnujemy z taksówki za równowartość 50zł (choć dało się targować) i o 9 rano zjadamy obiad (jak się okaże prawie na cały dzień) – fantastyczne bułgarskie frykasy w przydworcowym barze z kiblem w budce na zewnątrz, i… robimy to co tygrysy lubią najbardziej, czyli podchody na postoju dla tirów. Za niedługo jedziemy do granicy z pewnym Słowakiem. Dalej piechotą.
Granica z Turcją jest niesamowita. Ciągnie się pewnie z kilometr, po drodze jest z 8 posterunków (wszędzie chcą paszport Zuzy, a mojego nawet nie dotykają). Ale najlepsze jest to, że pierwsze, czego się doświadcza już z daleka, to widok ośnieżonego meczetu i zaśpiew muezina… Azja czeka! :)

Po stronie tureckiej po może 10minutach zatrzymuje się tir – sam z siebie. Tirowiec Osman uczy nas wszystkich ważnych słów po turecku – dzień dobry, samochód, dom, piersi, stanik, uprawiać seks, penis, pochwa, obrzezanie, kochać, brać ślub itd., itp., do zanudzenia… Poza tym był niezwykle miły, zadzwonił do znajomych Zuzy ze Stambułu, żeby im wytłumaczyć, że wyrzuci nas na przedmieściach 50 kilosów od miasta. Niestety nam o tym nie mówi. Generalnie lądujemy w wielkiej dupie, w dodatku bez tureckich lir…

Na szczęście w sklepiku pewna starowinka wymienia nam dolary po kursie z gazety (my mówiliśmy po polsku, ona po turecku) i kieruje nas na „przystanek autobusowy,”… na środku skrzyżowania! Potem jeszcze parę przesiadek, w tym nocny prom przez cieśninę Bosfor i ok. 20tej docieramy do Azji.

Zagubieni w nowej rzeczywistości jedziemy dolmuszem (busikiem), nie wiedząc zupełnie gdzie i kiedy powinniśmy wysiąść. Nagle widzimy znajomą postać – to Olek w świecącej czapce Mikołaja. „Proszę się zatrzymać!” – Zuza drze się po polsku. Zrozumieli. Udało się.

Podsumowując ;) Podróż od granicy z Polską zajęła nam 48h, niewiele krócej niż bezpośrednie połączenie autobusowe, za to wydaliśmy 2 razy mniej i przeżyliśmy 10 razy więcej. Tutaj wpisujemy tylko niektóre rzeczy, bo wszystkich fizycznie nie da się zamieścić, a i Wy byście pewnie nie dali rady przeczytać…

Dajcie więc znać, czy lepiej pisać krótsze notki, i w ogóle skomentujcie „techniczną” stronę pisania – może pomoże nam to zbliżyć się do „relacji idealnej”.

7 komentarzy:

dROOO pisze...

Piszecie super :) Czytamy z zapartym tchem :)

Andy (POLKOMBINAT)

Wojtek pisze...

Super!

Emilia pisze...

Świetna relacja, fajnie czytać o tym wszystkim, co Was spotyka :) Zresztą strasznie Wam zazdroszczę. W dodatku przypomina mi się, jak przemierzaliśmy podobną trasę z Polski do Stambułu.
Pozdrowienia i udanych przygód w podróży!

Jakub Romanowski pisze...

Wiesz Michale, znacznie lepiej czyta się subiekcje twoje niż sztywny scenariusz wojażu. Pisz stary, co Ci w duchu podgrywa na blaszanym bębenku... Dodawaj zdjęć wiele, bośmy spragnieni...

Taki model wyjazdu jest znacznie bodaj ciekawszy niż jazda zwykłym autobusem, w którym zwiedzilibyście tylko przydrożne latrynaria...

Administrator pisze...

Michalos wrzucaj jak najwięcej zdjęć i tekstu, sam kiedyś miło to powspominasz a i nam teraz jakoś raźniej i fajnie czytać.

Ale Ci zazdrościmy:(

Co do roamingu to pracuje nad tym i jutro powinieneś już mieć:)

SQ5FWR pisze...

Super! Czuć ducha przygody :) Piszcie ile tylko macie sił.. i czasu! Ja dzień w pracy zaczynam od sprawdzenia Waszego blogu :) Rafał

hartbit pisze...

piszecie tak, jak lubie - piszcie, piszcie - sledzimy codziennie z zapartym tchem - my cieploluby wygodne...